Ciemniak od Tomanowej Doliny + Czerwone Wierchy

Tym razem coś z Tatr Zachodnich. W ramach jesiennej wycieczki najpierw zdobywam Ciemniak, wchodząc tam mniej popularną trasą przez Tomanową Dolinę, a następnie robię sobie przyjemny i niezbyt trudny spacer po lekko przyprószonych śniegiem Czerwonych Wierchach.

Od poprzedniego wypadu w Tatry minął już około miesiąc. Dość długo jak na ten okres sezonu, gdzie przeważnie staram się wykorzystać niemal każdy pogodny dzień. Niestety, tych w minionych tygodniach nie było zbyt wiele – niskie temperatury, deszcz, a nawet spore opady śniegu na początku października skutecznie zniechęcały do wyjazdu z nasze najwyższe góry.

Nic więc dziwnego, że gdy w końcu nadeszło ocieplenie, od razu zacząłem snuć tatrzańskie plany. W zbliżający się weekend miało być ciepło i bezchmurnie. Co prawda, w wyższych partiach gór leżało jeszcze trochę śniegu, ale w tej łatwiejszej, zachodniej część Tatr nie powinno to mocno przeszkadzać.

Za cel wybrałem sobie przejście Czerwonych Wierchów. Nie pierwsze, nawet nie drugie, bo byłem tam już i latem, i zimą, ale wciąż miałem ochotę na kolejny raz. To całkiem fajny teren, a poza tym w okolicy znajdowały się dwa szlaki, którymi jeszcze nigdy nie wędrowałem: zielony, prowadzący na Ciemniak przez Tomanową Dolinę oraz również zielony, na drugim końcu Wierchów, którym można zejść z Przełęczy pod Kopą Kondracką do Kuźnic.

Dojazd

Niestety, nikt ze znajomych nie miał ochoty dołączyć do wycieczki, więc musiałem ją zorganizować samodzielnie. Nie miałem jednak ochoty iść parę kilometrów na dworzec, ani męczyć się z długim dojazdem i przesiadkami, więc postanowiłem zamieścić ogłoszenie na jednej z tatrzańskich grup Facebook-owych. Dość szybko znalazłem osobę, która w sobotni poranek jechała z Krakowa w Tatry Zachodnie i zgodziła się mnie podrzucić do Kir.

Umówiliśmy się w okolicy mojego osiedla na 4:15. Samochód pojawił się niemal równo o czasie, więc bez żadnych opóźnień ruszyliśmy pod osłoną nocy w kierunku Tatr. Przy okazji, mieliśmy możliwość przejechać się nowo otwartym fragmentem zmodernizowanej Zakopianki.

Chłopaki wysadzili mnie w Kirach około 5:50 i ruszyli dalej w stronę Doliny Chochołowskiej, gdzie chcieli zacząć swoją wycieczkę. Korzystając z publicznej komunikacji na pewno nie miałbym szans znaleźć się tu tak wcześnie (bardziej realne byłyby okolice 7:30).

Przejście przez Dolinę Kościeliską

Ok, jestem wcześnie, więc mam mnóstwo czasu na wędrówkę, ale z drugiej strony, wciąż jest kompletnie ciemno. Do wschodu słońca zostało jeszcze około godziny, więc bez czołówki się nie obejdzie.

Wyciągam, zakładam i ruszam szutrową drogą wgłąb doliny. Kasy o tej porze są jeszcze zamknięte. Inna sytuacja byłaby zresztą nieco dziwna, ze względu na fakt, iż poza sezonem zimowym, wędrówki po zmroku nie są zbyt legalne (właściwie, to w ogóle nie są legalne, problemem jest tylko ustalenie dokładnych granic owego zmroku, bo oficjalnej definicji nie ma). Nie jestem tu jednak sam. Tuż za mną idzie jakaś para, a kilkaset metrów naprzód też widzę delikatne, kołyszące się na boki światło czołówki.

Przez następne kilkadziesiąt minut nie mam praktycznie żadnych widoków. Idę wzdłuż strumienia, mijając kolejne odejścia szlaków mających swój początek w Dolinie Kościeliskiej lub jedynie ją przecinających. Dokładniejszy opis trasy pozwolę sobie pominąć. Zainteresowanych przejściem przez tę dolinę oraz dostępnymi w niej atrakcjami odsyłam na przykład do tekstu o jaskiniach w Dolinie Kościeliskiej.

Na Ciemniak zielonym szlakiem przez Dolinę Tomanową

Po niecałej godzinie żwawego marszu staję przed kolejnym rozdrożem. Tu mogę iść prosto w stronę schroniska na Hali Ornak lub skręcić w lewo i dalej trzymając się zielonego szlaku, zacząć podejście na Ciemniak.

Wybieram oczywiście tę drugą opcję. Z szerokiej drogi zbaczam na nieco węższą, leśną ścieżką i wzdłuż Tomanowego Potoku rozpoczynam bardzo delikatne podejście.

Początek zielonego szlaku na Ciemniak.

Początkowo, nie dzieje się wiele. Trasa po obu stronach ograniczona jest lasem, więc mimo panującego już świtu, nie mam jeszcze okazji do podziwiania górskiego krajobrazu.

Wysypana kamieniami ścieżka w pierwszej części trasy.

Sytuacja zmienia się dopiero po dotarciu do Tomanowych Polan (najpierw Niżniej, a chwilę później Wyżniej), gdzie moim oczom ukazują się wciąż trochę pokryte śniegiem szczyty. Nie od razu je rozpoznaję. Ten fragment grani Tatr Zachodnich jest objęty ścisłą ochroną i wykluczony z wędrówek, przez co kompletnie mi nieznany.

Pierwsza okazja do podziwiania górskich widoków. Przede mną zamknięty dla turystów fragment grani Tatr Zachodnich.

Za polanami szlak odbija na północ i zaczyna ostrzej piąć ku górze. Przez chwilę idę jeszcze wśród drzew, jednak wkrótce ustępują one kosodrzewinie i charakterystycznym dla tej części Tatr trawkom, które jesienią przybierają ładny, lekko czerwonawy kolor.

Pojawiają się również coraz fajniejsze krajobrazy. Szybko rozpoznaję położony między dolinami Kościeliską i Chochołowską Kominiarski Wierch, a także parę dalszych szczytów Tatr Zachodnich, na czele z najwyższą ze wszystkich – Bystrą.

Na szlaku też mam coraz więcej atrakcji. O ile do tej pory, nie była to zbyt ciekawa trasa, to po wyjściu nad linię lasu robi się naprawdę ładnie. Zbliżam się do Rzędów Tomanowych – charakterystycznych skałek na zachodnich zboczach Ciemniaka. Ponoć kiedyś to właśnie przez nie prowadził szlak na Czerwone Wierchy. Teraz jednak obchodzi się je z lewej strony, a następnie kieruje w stronę Chudej Przełączki.

Rzędy Tomanowe – charakterystyczne skałki na zboczach Ciemniaka.

Do tej ostatniej mam jednak jeszcze kawałek. Najpierw czeka mnie przejście przez tak zwany Czerwony Żleb. Jego nazwa pochodzi od bogatych w żelazo skał, w które obfituje to pełne drobnego piargu rumowisko. Przejście przez żleb jest minimalnie eksponowane i szczególnie po opadach może sprawiać nieco trudności. Dziś warunki mam dobre, więc pokonuję go bez problemów.

Przejście przez Czerwony Żleb.
Dalsza trasa przy Rzędach Tomanowych.

Kawałek za żlebem wygodny, kamienny chodnik znika wśród luźno porozrzucanych skał, które wymagają trochę ostrożniejszego marszu. Nie trwa to jednak długo. Parę minut i znów jestem na przyjemnej ścieżce ze świetnymi widokami na zachód.

Kominiarski Wierch, widoczny po lewej stronie ścieżki.

Później czeka mnie jeszcze inny rodzaj atrakcji – śnieg. W minionych tygodniach trochę go w Tatrach spadło i w wyższych partiach gór nie trudno się na niego natknąć. Ja właśnie trafiam na pierwsze białe płaty. W razie czego, w plecaku mam raki, ale póki co, nie mam ochotę ich wyciągać i zakładać na te kilka metrów łatwego przejścia.

Pierwszy tego dnia kontakt ze śniegiem na szlaku.

Minąwszy tę drobną przeszkodę ruszam dalej w stronę Chudej Przełączki, którą od jakiegoś czasu mam już w zasięgu wzroku. Ostatni etap podejścia jest dość płaski i wytyczony ładną ścieżką trawersującą zachodnie zbocze góry.

Stąd widoki na Tatry Zachodnie są już naprawę niezłe. W lewej części zdjęcia widać najwyższą w tym paśmie Bystrą, a na środku Starorobociański Wierch.
Ostatni etap podejścia w stronę Chudej Przełączki.
Na Chudej Przełączce.

Po dotarciu na przełęcz szlak zawraca o niemal 180 stopni. Trafiam też w bardziej odsłonięty teren, gdzie mam okazję poczuć szalejący dziś w Tatrach wiatr. Według prognoz, porywy mogą przekraczać nawet 60 km/h. Nie jest źle, ale komfort marszu nieco spada, robi się głośno, a ja muszę sięgnąć do plecaka po dodatkowe ubrania.

Na Chudej Przełączce zielony szlak z Doliny Tomanowej łączy się z czerwoną trasą, która na Ciemniak prowadzi z początku Doliny Kościeliskiej. Ta druga trasa jest krótsza i o wiele bardziej popularna. W Tomanowej nie spotkałem ani jednego turysty, jednak na przełęczy oraz szlaku wiodącym ku górze jest ich co najmniej kilku – wszyscy najwidoczniej wybrali drogę oznaczoną czerwonymi symbolami.

Początek podejścia na Ciemniak z Chudej Przełączki.

Gdy już odpowiednio zabezpieczę się przed wiatrem, zaczynam podejście ku wierzchołkowi, które w teorii powinno zająć około 40 minut. Początkowo jest dość strome i kamienny chodnik miejscami przybiera formę zakosów.

Po kilkuset metrach podejście łagodnieje, a w okolicach Twardej Kopy robi się wręcz płasko. Kolejnych parę minut idę więc w łatwym terenie, z dobrym widokiem na szczyt Ciemniaka oraz ciekawą, ostro opadającą w dół ścianę Krzesanicy, która znajduje się po jego lewej stronie.

Po chwili męczącej wspinaczki podejście łagodnieje.
Później, przed ostatnim odcinkiem szlaku mam jeszcze chwilę płaskiego terenu. W oddali widać już rozległy wierzchołek Ciemniaka.

W końcu, to płaskie się kończy i znów czeka mnie chwila podejścia, tym razem już ostatniego przed zdobyciem mierzącego 2096 metrów Ciemniaka. Ten fragment nie jest jednak szczególnie wymagający i po kilku minutach niezbyt intensywnego wysiłku stoję już ma rozległym wierzchołku góry uchodzącej za zachodni kraniec Czerwonych Wierchów.

Na szczycie Ciemniaka.

Czerwone Wierchy

Tak jak wspomniałem, wierzchołek Ciemniaka jest płaski i zajmuje dość spory teren. Ciężko mi nawet jednoznacznie określić jego najwyższy punkt. Przez chwilę kręcę się więc po okolicy, oglądając imponującą panoramę licznych szczytów Tatr Zachodnich. Większość rozpoznaję, a sporą część miałem już nawet okazję odwiedzić.

Moją uwagę szczególnie przyciąga jednak ten zakazany fragment grani, który ciągnie się od Ciemniaka aż po Pyszniańską Przełęcz. Niby chodzić tam nie wolno, ale wydaje mi się, że w oddali widzę wydeptaną na zboczach gór ścieżkę. Schodzę nawet parę metrów na południe, by lepiej rozpoznać sytuację. I cóż, zgodnie z przewidywaniami – ścieżka w stronę Stołów i Tomanowego Wierchu jest dość wyraźna, więc mimo zakazu, od czasu do czasu ktoś się tam zapuszcza.

Zamknięty dla turystów fragment grani Tatr Zachodnich, przebiegający między innymi przez Tomanowy Wierch, Smreczyński Wierch i Kamienistą.
Z Ciemniaka ładnie widać też Tatry Wysokie – zarówno ich polską, jak i słowacką część. Z tego ujęcia, największe wrażenie może robić Krywań znajdujący się na prawym krańcu fotografii.

Ok, w końcu zostawiam tę grań w spokoju i kieruję w stronę, gdzie iść mi jak najbardziej wolno, czyli ku położonej niecałe pół kilometra dalej Krzesanicy.

Pierwszym etapem dotarcia tam jest krótkie, trwające tylko parę minut zejście na Mułową Przełęcz, położoną jakieś 30 metrów poniżej szczytu Ciemniaka.

Zejście na Mułową Przełęcz. Na środku zdjęcia widać niemal pionową, północną ścianę Krzesanicy.

Za przełęczą zaczyna się odzyskiwanie utraconej wysokości. Podejście na Krzesanicę jest najtrudniejszym odcinkiem Czerwonych Wierchów. Ścieżka miejscami jest nieco stroma, w paru momentach może być warto pomóc sobie rękami, a bliskość urwiska przy północnej ścianie góry może robić wrażenie na nieco wrażliwszych turystach. Wciąż nie ma tu jednak nic szczególnie trudnego – w Tatrach Wysokich praktycznie na każdym szlaku jest coś bardziej wymagającego.

Podejście na Krzesanicę. Momentami przepaść po lewej stronie znajduje się dość blisko szlaku.

Po chwili podejścia wdrapuję się na mierzący 2122 metry szczyt – najwyższy ze wszystkich Wierchów. Tu także wierzchołek jest dość rozległy, choć ma nieco inny charakter niż odwiedzony przed chwila Ciemniak. Przy ścieżce, po jej południowej stronie znajduje się mnóstwo niewielkich, kamiennych kopczyków, które tworzą całkiem fajny klimat. Są tu też kilkumetrowe, dość głębokie pęknięcia w skałach, które mogą być szczególnie niebezpieczne zimą, gdy zamaskuje je pokrywa śnieżna.

Widok z Krzesanicy w stronę Ciemniaka i kilku innych szczytów Tatr Zachodnich (na zdjęciu można dostrzec między innymi Bystrą, Starorobociański Wierch i Rohacze).
Charakterystyczne kopczyki na szczycie Krzesanicy.

Po chwili przerwy na szczycie, decyduję się ruszać dalej w stronę Małołączniaka. W tym przypadku również najpierw czeka mnie zejście na niezbyt głęboką przełęcz (Litworową – położoną niecałe 100 metrów poniżej wierzchołka) oraz późniejsze odzyskiwanie wysokości. Teraz obejdzie jednak bez jakichkolwiek trudności i ekspozycji – ot, zwykłe przejście z jednego pagórka na drugi. Uważać muszę tylko na występujące od czasu do czasu płaty śniegu (większość z nich można łatwo obejść).

Zejście z Krzesanicy w stronę Litworowej Przełęczy i dalsze podejście na Małołączniak.

Na Małołączniaku również jest płasko. Spotykam tu paru innych turystów oraz kilka szlakowych tabliczek. Jest miedzy innymi taka, która kieruje na niebieski szlak wiodący przez Kobylarzowy Żleb – to inna, dość ciekawa opcja wejścia na Małołączniak oraz jedna z niewielu tras w Tatrach Zachodnich, gdzie pojawiają się łańcuchy.

Na szczycie Małołączniaka.

Oglądam przez chwilę panoramę Tatr Wysokich na południu, po czym ruszam w dalszą wędrówkę. Przede mną najdłuższe na Czerwonych Wierchach zejście. Małołącka Przełęcz – bo tam się kieruję – położona jest ponad 170 metrów poniżej szczytu.

Normalnie ten fragment nie powinien sprawić żadnych trudności, jednak dziś zalega tu jeszcze sporo śniegu. Mijam nawet pojedyncze osoby poruszające się w raczkach. Sam staję przed dylematem: wyciągać raki z plecaka, czy jednak nie warto? Śnieg nie jest szczególnie śliski, teren dość bezpieczny, a w dodatku odcinki, gdzie on występuje mieszają się z tymi suchymi. Pewnie musiałbym te raki kilkukrotnie ściągać i zakładać ponownie, więc póki co decyduję się iść bez nich.

Początek zejścia z Małołączniaka na stronę wschodnią.
W okolicach Małołąckiej Przełęczy zalegało jeszcze sporo śniegu.

Po wytraceniu większości wysokości nie ruszam od razu pod górę, lecz idę jeszcze chwilę przez w miarę równy teren. Dopiero po kilku minutach znów zaczyna się podejście. Tym razem do zdobycia jest Kopa Kondracka – ostatni z Wierchów, zamykający tę malowniczo położoną grupę od wschodu.

Z początku znów sporo idę po śniegu, jednak im wyżej, tym łatwiej go obejść. Sama wspinaczka też nie jest zresztą długa, bo różnica poziomów pomiędzy przełęczą a szczytem to około 80 metrów.

Podejście na Kopę Kondracką.
Spojrzenie na zachód z okolic wierzchołka. Na pierwszym planie widać podejście na Małołączniak.

Po chwili niezbyt intensywnego wysiłku staję na szczycie. Panorama na południu nie różni się wiele od tej oglądanej z poprzednich Wierchów. Stąd dobrze widać natomiast pobliski Giewont oraz szlak w stronę Kasprowego Wierchu z imponującą Świnicą w tle.

Widoki z Kopy Kondrackiej w stronę Kasprowego Wierchu i Tatr Wysokich (najwyższym szczytem na zdjęciu, w jego środkowo-górnej części jest Świnica).

Po krótkim pobycie na Kopie Kondrackiej ruszam w ostatni etap przejścia przez Wierchy, czyli na Przełęcz pod Kopą Kondracką. To jest już niemal zupełnie sucho i oczywiście bez żadnych technicznych trudności.

Po wytraceniu około 150 metrów docieram na przełęcz, gdzie trafiam na najliczniejszą do tej pory grupę ludzi. Jest tu też kolejne rozdroże, które daje mi następujący wybór: kontynuować marsz czerwonym szlakiem w stronę Kasprowego albo zejść zielonym ku schronisku na Hali Kondratowej.

Na Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Zejście do Kuźnic

Skręcam w zielony szlak, który szybko przybiera formę niekończących się zakosów. Są umiarkowanie strome, jednak nie to stanowi dziś główne wyzwanie. O wiele gorszy jest wciąż leżący w zacienionych miejscach śnieg, ubity przez setki przechodzących tędy ludzi. Ślizgam się po nim bardziej niż gdziekolwiek wcześniej tego dnia, więc jeśli tylko się da (a przeważnie się da), obchodzę białe płaty bokiem.

Podczas zejścia z przełęczy mam całkiem dobry podgląd na Giewont. Świetnie widać również całą Dolinę Kondratową oraz nieduże schronisko na jej końcu.

Widok na Giewont podczas zejścia z Przełęczy pod Kopą Kondracką.
W górnej części szlaku ścieżka ma formę gęstych zakosów poprowadzonych wzdłuż Długiego Żlebu Kondratowego.

Gdy zakosy dobiegają końca, trafiam na kamienistą ścieżkę o łagodniejszym nachyleniu, która wprowadza mnie między coraz wyższe krzewy kosodrzewiny. Wkrótce pojawiają się też pojedyncze drzewa.

Zielonym szlakiem przez Dolinę Kondratową.

Mija kolejnych kilkanaście minut i trafiam w jedno z najładniejszych odwiedzonych dziś miejsc – Polanę Kondratową w jesiennych kolorach. Bliskość Giewontu oraz otwarta przestrzeń pełna rudych traw potrafi zrobić wrażenie.

Polana Kondratowa w jesiennych barwach.

Na końcu polany znajduje się schronisko, pod którym kręcą się dziesiątki ludzi. Tu również kończy się zielony szlak. Dalszy marsz w stronę Kuźnic będę kontynuował niebieskim, prowadzącym z Giewontu.

Mijam niewielki budynek bez nawet chwili postoju i jeszcze przez moment idę w otwartym terenie. Później wkraczam w zalesiony teren, którym będę poruszał się aż do kolejnej polany, noszącej nazwę Kalatówki.

Leśna ścieżka łącząca polany Kalatówki i Kondratową.

Dotarcie tam zajmuje mi niecałe 30 minut. Tuż przed polaną szlak rozdziela się na dwie wersje. Pierwsza wiedzie jej wschodnim krańcem, druga (nieco dłuższa) skręca w stronę Hotelu Kalatówki. Dopiero później, kilkaset metrów dalej, ścieżki znów łączą się z jedną.

Wybieram pierwszą z opcji i maszerując skrajem lasu z daleka oglądam ten chyba największy ze stojących na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego budynków.

Po ponownym wejściu do lasu idę jeszcze chwilę wygodną, gruntową ścieżką, która jednak kilkaset metrów dalej zamienia się w paskudną, wybrukowaną nierównymi kamieniami Drogę Brata Alberta. Chodzi się bo tym fatalnie, więc ostatnie kilkanaście minut marszu w stronę Kuźnic nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Powrót

Teren parku opuszczam dosłownie tuż przed godziną 12-stą. Mam nadzieję, że zaraz zajmę miejsce w jadącym do Zakopanego busie i dam odpocząć wymęczonym stopom. Niestety, chyba jest na to za wcześnie. Stary mercedes co prawda stoi w zwyczajowym miejscu, ale pasażerów w nim nie ma, a spytany o odjazd kierowca tylko kiwa głową i wysyła mnie w stronę czekających w pobliżu taksówek. Nie, dzięki… Na pewno nie dam 20 złotych za niecałe 4 kilometry jazdy. Trudno, mijam taryfy i na piechotę idę w stronę zakopiańskiego dworca.

Co dziwne, parę minut później na drodze zauważam ten sam bus, do którego próbowałem wsiąść. Jedzie do Zakopanego, jednak oprócz kierowcy nie ma tam nikogo. O co chodzi? Czy oni mają jakieś ustalenia z taksówkarzami o niepodprowadzaniu sobie klientów? Tego niestety nie udało mi się dowiedzieć.

Dojście do dworca zajmuje mi nieco ponad 40 minut. Niestety, znów mam pecha, bo tuż przed wejściem na jego teren mija mnie odjeżdżający w stronę Krakowa autobus. Na kolejny muszę więc jeszcze chwilę poczekać. Dalszy powrót obywa się już bez problemów. Zakopane opuszczam niemal bez korków, a w domu melduję się niewiele po 15-stej.

Podsumowanie

Mimo tych drobnych niedogodności na końcu, jestem bardzo zadowolony z wyjazdu. Po raz kolejny przekonałem się, że używanie tych Facebook-owych górskich grup to całkiem niezły pomysł, by zaoszczędzić trochę czasu i pieniędzy na tatrzańskich dojazdach.

Zwiedziłem też parę nowych szlaków, a o to w moim przypadku, w polskiej części Tatr coraz ciężej. Na Ciemniak przez Dolinę Tomanową nie miałem jednak jeszcze okazji wchodzić, więc cieszy mnie, że w końcu się udało, bo od jakiegoś czasu ten pomysł chodził mi po głowie. Trasa na pewno jest warta uwagi, szczególnie w jej końcowej części i może stanowić ciekawą alternatywę dla zdobywania szczytu szlakiem czerwonym.

Co do drugiej nowo poznanej trasy, to moim zdaniem nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć sporo ludzi używa jej jako najprostszej drogi wiodącej na Kopę Kondracką.

Ach, no i oczywiście same Czerwone Wierchy. Ten zakątek Tatr jest świetny o każdej porze roku i nie bez powodu cieszy się sporą popularnością, zwłaszcza wśród średnio-zaawansowanych turystów. Trudności tu prawie nie ma, a widoki potrafią zachwycić. Sam Wierchy odwiedziłem już 3 razy i jestem niemal pewny, że na tym się nie skończy.

Mapa dzisiejszego przejścia:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *