Krywań – szlaki, trudności, relacja z wejścia

Krywań to dla Słowaków góra wyjątkowa, od dawna obecna w kulturze i narodowych symbolach. To również jeden z najwyższych szczytów, na które można w Tatrach wejść szlakiem turystycznym. W ramach dzisiejszej wycieczki, odwiedzam obie prowadzące na niego trasy.

Ostatnio, strasznie ciężko jest w Tatrach trafić na dzień z pewną pogodą. Niemal codziennie występuje ryzyko burz, a gdy o wyładowania nie trzeba się martwić, w zamian dostajemy ponure dni, pełne przesłaniających widoki chmur. Jeszcze do niedawna myślałem, że to zimą, ze względu na zagrożenie lawinowe, trudniej o pogodny i naprawdę bezpieczny termin. Teraz okazuje się, że w lecie wcale nie jest lepiej.

Innym problemem jest duża zmienność prognoz. Już parę razy mierzyłem się sytuacją, gdzie choć w środę robiono nadzieję na piękną sobotę i niedzielę, w piątek zapowiadano już wyłącznie chmury, opady i popołudniowe burze. To dość frustrujące, szczególnie w sytuacji, gdy parę osób próbuje się wcześniej zgadać w sprawie wspólnych weekendowych planów.

Teraz sytuacja była podobna. Kładąc się spać w środę, byłem pewny, że w piątek wezmę urlop i wykorzystam doskonały, pełen słońca dzień na jakieś ambitniejsze wejście. W czwartek sytuacja była już skrajnie inna. Prognozy się popsuły i niemal prysły nadzieje na jakąkolwiek wycieczkę w najbliższych dniach. Sam czwartek przyniósł zresztą pamiętną, tragiczną w skutkach burzę na Giewoncie.

Później znów było nieco lepiej. W wielu źródłach zgodnie przepowiadano, że pierwsza połowa soboty będzie słoneczna i niezagrożona burzami. Ryzyko miało rosnąć dopiero około południa. Czasu niby niedużo, ale gdyby tak ruszyć wcześnie rano, wybrać niedługą trasę i zebrać szybką ekipę? To miało szansę się udać.

Zgaduję się ze znajomym, on wrzuca wpis na górską grupę Facebook-ową i niedługo później, w piątkowe popołudnie, mamy już ustalony skład i całkiem konkretne plany na kolejny dzień.

Krywań – informacje praktyczne

Góra wznosi się na 2494 metrów, co czyni ją drugim (zaraz po Rysach) pod względem wysokości szczytem Tatr, na który można wdrapać się po znakowanym szlaku. Leży w południowo-zachodniej części słowackich Tatr Wysokich i jest dość samotnym szczytem, co sprawia, że z wielu miejsc prezentuje się naprawdę ciekawie.

Krywań widziany od południowego-zachodu. Zdjęcie zrobione podczas rowerowej wycieczki dookoła Tatr.

Mimo znacznej wysokości, nie jest to szczególnie trudny szczyt. Prowadzące na wierzchołek szlaki nie są długie (droga do góry zajmie średnio 3,5 – 4,5 godziny), trudności techniczne niewielkie, ekspozycja raczej nie występuje, a przewyższeń na całej wycieczce jest około 1400 metrów. Niemało, ale też nie bardzo dużo jak na prawie 2,5-tysięcznik.

Na szlaku nie występują żadne łańcuchy, choć znam w Tatrach wiele miejsc, gdzie przy podobnych trudnościach decydowano się na montaż sztucznych ułatwień. Tutaj turyści muszą radzić sobie sami. Nie ma się czego bać, choć warto nastawić się, że co najmniej kilka razy będzie trzeba użyć rąk.

Jeśli miałbym znaleźć jakiś polski szczyt o zbliżonych trudnościach, to myślę, że wejście na Krywań mógłbym porównać ze zdobywaniem Kościelca. Jak ktoś dał radę tam, to i ze świętą górą Słowaków sobie poradzi.

No właśnie, a dlaczego oni sobie tak ukochali ten Krywań? Bo niewątpliwie coś z nim widzą, skoro nawiązania do góry mają między innymi na fladze, monetach i w państwowym hymnie. Nie mówiąc już o licznych, poświęconych mu dziełach kultury czy organizowanych co roku, narodowych wejściach.

Za eksperta od historii się nie uważam, ale rozumiem to w następujący sposób: W roku 1841 Krywań zdobyło dwóch słowackich działaczy politycznych, zapoczątkowując tradycję wspomnianych przed chwilą narodowych wejść. Ich śladami szli liczni patrioci, działacze pro-niepodległościowi oraz ludzie związani ze słowacką kulturą. Z czasem szczyt stał się symbolem wolności i walki o odrodzenie kraju, z którym Słowacy związali się tak bardzo, że na stałe trafił do narodowej symboliki.

Bezpośrednio na Krywań prowadzi szlak oznaczony na niebiesko. Wcześniej (około godziny marszu wcześniej) łączy się on z trasą zieloną, wytyczoną z miejsca nazwanego Tri Studničky (Trzy Źródła). To chyba najpopularniejszy wariant zdobywania Krywania. Najkrótszy, choć również najbardziej stromy.

Nie jest to jednak jedyna dostępna opcja. Na Krywań można się też dostać idąc cały czas niebieskim szlakiem od miejscowości Biely Váh lub kombinacją czerwonego i niebieskiego zaczynając ze Szczyrbskiego Jeziora.

Jak wracać? Można iść po własnych śladach albo zdecydować na pętlę: wejść zielonym lub niebieskim, a w dół ruszyć drugą opcją połączoną z kawałkiem Magistrali Tatrzańskiej, która doprowadzi nas w miejsce startu. Na taką właśnie opcję zdecydowaliśmy się my planując niniejszą wycieczkę. Poniżej mapa z rozrysowaną trasą oraz profilem wysokościowym.

Startując z Tri Studničky samochód zostawić można na przydrożnym parkingu. Opłata wynosi 5 euro za cały dzień, co jest mniej więcej średnią ceną za parkowanie w okolicy wejść na szlaki w Tatrach Słowackich. Jeśli ktoś jednak chciałby płacenia uniknąć – może postawić auto wcześniej (lub dalej) w jednej z przydrożnych zatoczek. Trzeba mieć tylko świadomość, że takich miejsc nie ma wiele, zajmowane są bardzo wcześnie rano lub nawet nocą, a korzystanie z nich oznacza dołożenie sobie paru kilometrów do zaplanowanej trasy.

Przypominam również, że ewentualne akcje ratunkowe na Słowacji są płatne, więc warto poświęć parę złotych na wykupienie jednodniowej polisy.

Krywań – relacja z wejścia

Dojazd do Tri Studničky

2:10 – to całkiem dobra godzina na wstawanie, gdy chce się dojechać w Tatry z Krakowa oraz zdążyć zejść ze szczytu przed nadejściem popołudniowej burzy.

Umówieni jesteśmy na 3:00, więc mam czas, by się ogarnąć, coś przekąsić oraz dopakować przygotowany wcześniej plecak. Zostaje nawet parę minut na sprawdzenie w sieci aktualnych prognoz pogody. Niestety, od wczoraj nieco się pogorszyły, ale wciąż mamy spore szanse, by zdążyć wejść i zejść przy dobrej pogodzie i widoczności.

Parę minut przed 3-cią schodzę przed blok i czekam chwilę na samochód kolegi. Podjeżdża punktualnie. Wsiadam, dziś jako ostatni członek zespołu. Dwie, siedzące na tylnej kanapie dziewczyny widzę po raz pierwszy. Jedna chce iść z nami na Krywań, drugą interesuje jedynie podrzucenie na Słowację, gdzie będzie samodzielnie wspinać się na Lodowy Szczyt.

Opuszczamy osiedle i standardową trasą kierujemy na południe. Zakopianką jedziemy aż do Nowego Targu, tam skręcamy na Jurgów i przekraczamy polsko-słowacką granicę. Parę kilometrów dalej wjeżdżamy na drogę 66, która prowadzi nas wzdłuż krawędzi Tatr Bielskich.

Kawałek na Zdziarem odbijamy w prawo, na drogę 537 i przez dłuższy czas jedziemy na zachód odwiedzając kolejne górskie miejscowości. Po minięciu zjazdu do Szczyrbskiego Jeziora zaczynamy uważniej przyglądać się drodze. Szlak na Krywań nie zaczyna się bowiem w żadnej z ludzkich osad, tylko bezpośrednio przy zjeździe z prowadzącej przez las szosy.

Pomagając sobie nawigacją i pamiętając zdjęcia satelitarne, zaczynamy wypatrywać przydrożnego parkingu. W końcu jest – dość spory, ale i tak już w połowie pełny. Prowadzeni przez obsługę, zajmujemy jedno z wolnych miejsc, płacimy 5 euro i zaczynamy przygotowania do wyjścia na szlak. Jest godzina 5:30, więc dziś startujemy jeszcze przed wschodem słońca.

Zielonym szlakiem do rozdroża pod Krywańskim Żlebem

Z południowego krańca parkingu ruszamy za oznaczeniami zielonego szlaku. Prowadzi nas przez chwilę do góry po asfaltowej drodze. Przed oczami, na tle czerwieniejącego nieba, mamy już cel naszej dzisiejszej wędrówki.

Krywań z Tri Studnicky
Krywań widziany z okolic parkingu.

Po przejściu 100, może 150 metrów docieramy do skrzyżowania szlaków. Możemy skręcić w prawo, by ruszyć tatrzańską magistralą w stronę Szczyrbskiego Jeziora lub iść prosto, kontynuując ledwo zaczętą drogę na Krywań.

Wybieramy oczywiście tę drugą opcję i po gruntowej, lekko kamienistej ścieżce rozpoczynamy zejście w dół. Tak, w dół – przez jakieś pół kilometra będziemy mieli do wytracenia około 40 metrów w pionie.

Początek trasy zaskakuje nas koniecznością zejścia kilkudziesięciu metrów. Tu teren nie przypomina jeszcze wysokogórskiego.

Po chwili marszu w otwartym terenie, docieramy do niewielkiej grupy zabudowań, przy której znajduje się kolejne skrzyżowanie szlaków. Znów pozostajemy wierni kolorowi zielonemu i nieznacznie odbijamy w prawo.

Tu zaczyna się podejście, które nie złagodnieje już niemal do szczytu. Na tym szlaku raczej nie będzie wypłaszczeń, choć z drugiej strony, nachylenie ścieżki będzie całkiem znośne i raczej nie zmusi do zbyt wielu przerw.

Mijamy pełną wierzbówki łąkę i po raz pierwszy wchodzimy do lasu. Nie zostaniemy w nim długo. Tutejszy las nie jest zresztą zbyt gęsty. W 2004 mnóstwo okolicznych drzew zostało zniszczonych przez huragan i minie jeszcze wiele dekad nim sytuacja wróci do tej z przeszłości.

Niedługie przejście przez las.

Zbocze, którym podchodzimy jest więc w sporej części odsłonięte, co daje nam ciekawy widok na przykrytą niskimi chmurami równinę pomiędzy Tatrami a Niżnymi Tatrami.

Po chwili podchodzenia zakosami, przy szlaku zauważamy drewnianą tabliczkę z napisem „Bunkier partyzantów”, strzałką w prawo i dopiskiem „1 min.”. Bez większego zastanowienia postanawiamy zajrzeć – nie jest to wielka inwestycja, a pewnie zbyt prędko na tę trasę nie wrócimy. Szkoda więc marnować okazję na zobaczenie czegoś więcej.

Idziemy kilkadziesiąt metrów wąską ścieżką wśród zarośli, aż docieramy do niedużej drewnianej konstrukcji, przy której stoi tablica pamiątkowa wraz z metalowym hełmem. Czytamy co się da (rozumiejąc co drugie słowo), oglądamy „bunkier”, po czym wracamy na szlak. Idąc w stronę głównej ścieżki, zastanawiam się, dlaczego ja założyłem, że będzie to jakaś większa, betonowa konstrukcja. Przecież tu nawet nie ma jak wylać tego betonu…

Krywań, bunkier partyzantów
„Bunkier” słowackich partyzantów z okresu II Wojny Światowej.

Powyżej bunkra roślinność zaczyna się zmieniać. Stopniowo znikają pokiereszowane dawną wichurą drzewka, coraz bardziej oddając pole kosodrzewinie, trawom i krzewom borówek.

Idziemy dość szybko, więc stopniowo doganiamy i wyprzedzamy ludzi, którzy zaczęli wcześniej. Ścieżka miejscami jest wąska, więc czasem takie manewry wymagają zatrzymania się i wzajemnego przepuszczania.

Gdy kosówka staje się niższa od naszych głów, odsłania się ładny widok na Tatry Zachodnie. W ogóle, pogodę mamy póki co bardzo dobrą. Prognozy się sprawdziły i zachmurzenie jest minimalne. Fajne, gdyby taki stan utrzymał się co najmniej do południa.

Krywań, szlak zielony
Gdy kosówka staje się coraz niższa, podczas podejścia mamy dobry widok na Tatry Zachodnie.

Po zaliczeniu kolejnej serii zygzakowatych podejść, trafiamy w bardziej trawiasto – kamienisty teren. Tu jest również nieco stromiej, więc tempo lekko zwalnia. Odcinek przechodzimy kilkukrotnie korzystając z wydeptanych przez turystów skrótów – jest ich tu sporo, co sprawia, że raczej nie ma jednego, prawidłowego wariantu przejścia przez ten teren.

Dalej znów mamy pojedynczą, bardzo oczywistą ścieżkę. Przez chwilę wiedzie nas resztkami kosodrzewiny, po czym delikatnie skręca w lewo i prowadzi zboczem łagodnie opadającym w stronę Krywańskiego Żlebu.

W tej chwili znów widzimy szczyt góry, który zniknął nam z oczu niedługo po starcie z parkingu. Po przeciwnej stronie żlebu łatwo również dostrzec drugi ze szlaków prowadzących na Krywań.

Krywań, zielony szlak
Wierzchołek ponownie w zasięgu wzroku.

Na tym odcinku ścieżka jest łagodnie nachylona, więc bez żadnych problemów zmierzamy w stronę skrzyżowania szlaków. Stąd, wydaje się ono dość blisko, jednak zdajemy sobie sprawę, że dotarcie tam może jeszcze trochę zająć.

Po kilku minutach trafiamy na pierwsze tego dnia miejsce, gdzie trzeba pomóc sobie rękami. Idąc wzdłuż zbocza warto też uważać, by nie stracić równowagi i nie upaść w stronę żlebu. Co prawda, przy tym nachyleniu, raczej nie byłoby poważniejszych konsekwencji, ale i tak nie ma co kusić losu.

Ścieżka wzdłuż Krywańskiego Żlebu.

W końcówce nachylenie nieco rośnie. Pojawiają się również znane z innych części Tatr, kamienne schodki. Idziemy nimi przez kilka minut, by w końcu stanąć pod znakiem, gdzie zielony szlak krzyżuje się z niebieskim, prowadzącym od Białego Wagu (Biely Váh).

Rozdroże pod Krywańskim Żlebem
Rozdroże pod Krywańskim Żlebem.

Wejście na Krywań

Tu zaczyna się najciekawsza część wycieczki. Znika niemal cała roślinność, zostawiając nas sam na sam z surowym, kamienistym terenem. Według napisu na drogowskazie, do szczytu zostało nam około 1 godzina i 15 minut marszu.

Przy znaku skręcamy w lewo, by jednak tuż zaraz odbić mocno w prawo i zacząć piąć w górę po mniejszych i większych kamieniach. Parę razy trzeba użyć rąk, jednak nie nazwałbym tego trudnym teren. Chwyty i miejsca na nogi są oczywiste, wariantów podejścia jest co najmniej kilka, a ekspozycja niewielka.

Powyżej znów trafiamy na kamienny chodnik, który najpierw zatacza łuk zawracając na północny-wschód, a potem łatwą ścieżka prowadzi w stronę Małego Krywania.

Kamienny chodnik nad Rozdrożem pod Krywańskim Żlebem.
Niezbyt trudna ścieżka w stronę Małego Krywania. W oddali widać już główny wierzchołek.

Chodnik z czasem traci swoją wygodną regularność. Kroki trzeba stawiać ostrożnie, dodatkowo uważając na luźne, kiwające się głazy.

Idąc tak jeszcze kawałek, docieramy do Małego Krywania. Wierzchołek nie wyróżnia się jednak niczym szczególnym, więc nie zatrzymujemy się nawet na chwilę i od razu ruszamy dalej.

Szlak na Krywań
Tuż przed Małym Krywaniem.

Kolejny etap to niedługie zejście na Krywańską Przełączkę, a później już tylko mozolne nabieranie wysokości w kierunku głównego szczytu.

Im bliżej, tym terem robi się trudniejszy. Najpierw przechodzimy przez skalne rumowisko, a później trafiamy w teren, gdzie używanie rąk przez chwilę stanie się koniecznością. Na szczęście jest sucho, a kruszyzna niemal nie występuje, więc nie sprawia nam to żadnych problemów. Wręcz przeciwnie – myślę, że wszyscy zaczynamy się naprawdę dobrze bawić.

Okolica rumowiska za Krywańską Przełączką.
Krywań, trudności
Później teren robi się bardziej stromy. Na zdjęciu jedno z najtrudniejszych miejsc na całym szlaku.

Na szlaku nie występuje ani jeden łańcuch czy innego rodzaju, metalowe ułatwienie. Słuchając komentarzy innych turystów, możemy dość szybko dojść do wniosku, że niektórych to zaskakuje. Osobiście nie uważam, by montaż żelastwa była tu konieczna, jednak znam wiele łatwiejszych miejsc, gdzie zdecydowano się je powiesić.

We wstępie porównałem trudności Krywania ze szlakiem na Kościelec. Myślę, że to dobra analogia – tam też nie ma łańcuchów i trzeba sobie radzić samodzielnie wyszukując chwyty w skale. Opcji jest wiele, podłoże dość pewnie, siły też dużo nie trzeba w to wkładać. Każdy bez problemu da radę, a jak lubi takie lekkie wspinanie to będzie miał też kilka – kilkanaście minut czystej przyjemności.

Do szczytu coraz bliżej. Od pewnego czasu niezbędne jest już częste używanie rąk.

W końcu podejście się kończy, teren lekko wypłaszcza, a naszym oczom ukazuje słynny krzyż z dwoma ramionami. Krywań zdobyty i to w całkiem niezłym czasie 2 godziny i 58 minut.

Krywań, krzyż na szczycie
Krzyż na szczycie Krywania. W tle, po lewej stronie można zauważyć Czerwone Wierchy oraz Giewont. W prawej części zdjęcia dominuje Świnica i kawałek Orlej Perci.

Pogoda jest praktycznie idealna. Chmur niewiele, dość ciepło, bezwietrznie. Do pełni szczęścia brakuje tylko lepszej przejrzystości powietrza, bo choć ze szczytu dostępną mamy pełną panoramę, to teren w oddali wydaje się lekko zamglony.

Najpierw obchodzimy wierzchołek, przyglądając zamontowanym tu krzyżm (bo jest więcej niż jeden), tabliczkom i innym oznaczeniom. Później siadamy, wyciągamy jedzenie i zaczynamy delektować widokami. A te na Krywaniu są naprawdę dobre!

Krywań, drugi krzyż
Drugi, niewielki krzyż na Krywaniu. Niestety, nie udało mi się w sieci znaleźć nic o jego pochodzeniu, więc jak ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę się śmiało dzielić w komentarzach. W tle kilka wierzchołków Tatr Zachodnich.
Krywań, tablica pamiątkowa
Najlepsze widoki z Krywania roztaczają się w kierunku wschodnim. W oddali widać Gerlach, a po jego lewej stronie między innymi Wysoką i Rysy. Bliżej mamy kilka pięknych, postrzępionych grani. Na pierwszym planie tablica upamiętniająca słynne wejście słowackiego działacza narodowego, Ľudovíta Štúra.
Krywań, widoki
I jeszcze raz widok w tę samą stronę. Na dole po lewej widać Niżni Teriański Staw.
Widoki z Krywania
Spojrzenie w stronę Polski. W oddali dobrze widać Świnicę, Zawrat oraz całą grań Orlej Perci.
Tu również rzut oka na polską część Tatr. Na dalekim planie dostrzec można Czerwone Wierzchy, Giewont oraz Kasprowy.
Na południu, niestety, nie widać za wiele. Słowackie równiny pomiędzy Tatrami i Niżnymi Tatami były dziś mocno zamglone. Na pierwszym planie kamienny murek otaczający miejsce do spania na szczycie.

Zejście z Krywania niebieskim szlakiem

Na Krywaniu spędzamy niemal godzinę. Warunki wciąż są wyśmienite, jednak widząc, że nad wieloma szczytami dość szybko zaczynają tworzyć się nowe chmury, postanawiamy schodzić. Trochę obawiamy się, że burza może nadejść szybciej niż zapowiadały prognozy, więc wstajemy i po własnych śladach ruszamy w drogę powrotną.

Zejście z Krywania czas zacząć.

Pierwsze kilka minut znów dostarcza mi sporo frajdy, choć swobodę pokonywania skalnego, lekko stromego terenu ogranicza konieczność częstego wymijania się z wchodzącymi osobami. Dziś na Krywań ciągną prawdziwe tłumy. A może tu zawsze tak jest? W końcu to dość popularna góra, nierzadko opisywana jako słowacki odpowiednik Giewontu.

Po zaliczeniu najtrudniejszych odcinków ruszam już łatwiejszą ścieżką w stronę Małego Krywania. Po drodze orientuję się, że trochę za bardzo wyprułem do przodu, więc robię chwilę przerwy przy wierzchołku i czekam na resztę zespołu.

Mały Krywań
Mały Krywań odwiedzany dziś po raz drugi.

Dalej już razem kontynuujemy zejście w stronę Rozdroża nad Krywańskim Żlebem. Pod koniec, jeszcze kilka razy musimy zwolnieć tempo, by wyminąć się z wchodzącymi po kamieniach osobami.

Na skrzyżowaniu ruszamy w lewo, by do samochodu wrócić inną drogą. Ta będzie łatwiejsza, mniej stroma, choć z drugiej strony nieco dłuższa. A czy ciekawsza? To się okaże już niebawem.

Pierwszy fragment prowadzi nas wygodną, lekko kamienistą ścieżką wzdłuż zbocza nad żlebem. Nie jest stromo, czujemy się całkiem bezpiecznie.

Krywań, niebieski szlak
Pierwszy odcinek zejścia niebieskim szlakiem.

Po pewnym czasie ścieżka po szerokim łuku skręca na południe. Krajobraz staje się naprawdę ładny: idziemy przez dość płaski, kamienisto – trawiasty teren, po lewej mając charakterystyczny, zakrzywiony szczyt Krywania oraz grań Jamskiego Grzbietu.

Zauważamy też nadchodzące nad szczyt chmury. Teraz nie są to już pojedyncze obłoki. Zbiera się ich coraz więcej i lada chwila znacznie ograniczą widoczność wielu przebywającym na szlakach turystom. Nam podostaje cieszyć się z wczesnego wyjścia, które pozwoliło podziwiać kompletne widoki i wracać jeszcze przed zmianą pogody.

Schodząc niebieskim szlakiem mamy okazję podziwiać zakrzywiony wierzchołek Krywania.
Tutejszy teren jest łatwy i niebyt stromy.
Krywań, szlak niebieski
Chmury zbierające się nad Krywaniem i Jamskim Grzbietem.

Przechodzimy przez otwarty, przypominający nieco alpejską łąkę teren, po czym ponownie ruszamy w dół, zagłębiając w coraz wyższą kosodrzewinę. Ścieżka jest tu trochę bardziej nachylona, z wieloma kamieniami i paroma niezbyt wygodnymi odcinkami.

Początek zejścia w otoczeniu kosówki.
Z czasem roślinność robi się coraz bujniejsza.

W pewnym momencie docieramy do strumienia, przy którym postanawiamy zrobić krótki postój. To okazja, by nie tylko na chwilę usiąść czy przemyć twarz w zimne wodzie. Wszyscy uzupełnimy również prawie puste już butelki – dzień jest ciepły i podczas zejścia w stale rosnącej temperaturze, pijemy naprawdę sporo.

Za strumieniem schodzimy jeszcze chwilę w dół, aż trafiamy na skrzyżowanie z czerwonym szlakiem. To licząca ponad 70 kilometrów Magistrala Tatrzańska, którą wytyczono południowymi zboczami słowackiej części Tatr. Możemy nią iść albo w kierunku Szczyrbskiego Jeziora, albo do Trzech Źródeł (Tri Studničky). Jako, że w tym drugim miejscu mamy zaparkowany samochód, wybór jest oczywisty.

Powrót do Tri Studničky po Magistrali Tatrzańskiej

Skręcamy na zachód i zaczynamy marsz za czerwonymi oznaczeniami. Spodziewamy się niezbyt ciekawego szlaku, który przez około godzinę będzie się wyłącznie dłużyć, jednak już po chwili zostajemy pozytywnie zaskoczeni.

Pomiędzy drzewami prześwituje tafla małego, choć urokliwie położonego Jamskiego Stawu. Nad sam brzeg jednak nie chce nam się schodzić. Chwilę patrzymy na lokalną atrakcję, po czym ruszamy dalej.

Jamski Staw
Jamski Staw położony przy tatrzańskiej magistrali.

Dalej szlak nabiera trochę wysokości, a później wchodzi do lasu. I to całkiem ładnego lasu, już bez śladów dewastacji potężną wichurą z przeszłości.

W lesie kawałek za Jamskim Stawem.

Jest miło, choć nie trwa to długo. Niedługo później żegnamy się z przyjemnym cieniem i wychodzimy w bardziej otwarty teren pełny pojedynczych drzewek, wierzbówki i innego rodzaju zarośli.

Po paru minutach dalszego marszu trafiamy na kolejne zaskoczenie, choć tym razem już nie tak pozytywne. Szlak na moment staje się dość wąski i bardzo zarośnięty. Musimy wręcz przeciskać się przez krzaki, ledwie wierząc, że wciąż jesteśmy w odwiedzanych przez tysiące ludzi dziennie Tatrach.

Zaskakująco zarośnięty odcinek czerwonego szlaku. Ledwie widoczna ścieżka znajduje się na środku zdjęcia.

Jakieś 100-200 metrów dalej sytuacja wraca do normy. Znów jesteśmy na szerokiej, w miarę wygodnej trasie, która delikatnie prowadzi nas w dół. Nie mija jednak wiele, aż nadchodzi kolejna niespodzianka. Chyba gdzieś tu przy szlaku jest źródło, które spływa sobie po ścieżce zamieniając ją momentami z niezłe błotko. Bywają chwile, że mimo upału cieszę się z zabrania wysokich butów – inne pewnie byłyby już przemoczone.

Wkrótce i te odcinki odchodzą w niepamięć, a my pokonujemy resztę szlaku już bez większych problemów. Końcówka trasy to przede wszystkim wspomniany już wielokrotnie, doświadczony huraganem krajobraz z powoli odradzającym się drzewostanem.

Tatry, magistrala
Ścieżka z widokiem na formujące się nad Tatrami chmury burzowe.
Magistrala Tatrzańska
Końcówka zejścia do Trzech Źródeł.

Docieramy do skrzyżowania z zielonym szlakiem. Tam wchodzimy na asfalt i nim pokonujemy ostatnie kilkaset metrów, które dzielą nas od samochodu. Wycieczkę kończymy jeszcze przed 13-stą, z czasem niewiele przekraczającym 7 godzin (wliczając wszystkie przerwy, łącznie z niemal godzinną na szczycie).

Powrót do Krakowa przebiega bez komplikacji. Dzięki wczesnej porze, nawet korki na Zakopiance były minimalne. Podczas jazdy postanowiłem jednak sprawdzić w sieci stronę z radarem burzowym. I faktyczne, po 13-stej w Tatrach już grzmiało. Nie było to nic dużego, ale potwierdziło, że w upalne letnie dni, najbezpieczniej jest tam rano i przed południem.

Podsumowanie

Wejście na Krywań było jednym z moich górskich celów na ten rok. Bardzo cieszy mnie więc fakt, że w końcu udało się go zrealizować. I to w miłym towarzystwie oraz przy niezłej pogodzie, pozwalającej cieszyć ze świetnych widoków na szczycie.

W tym miejscu, bardzo wszystkim polecam zdobycie tej góry. Szlaki nie są ani długie, ani szczególnie trudne. Który lepszy? Mi ciężko jest wskazać faworyta. Zielony krótszy, lecz bardziej stromy, niebieski dłuższy, choć łagodniejszy. Walory krajobrazowe moim zdaniem podobne na obu. Więc cokolwiek by się nie wybrało, raczej nie będzie rozczarowania. Można też oczywiście zrobić podobną pętlę jak my i odwiedzić oba podczas jednej wycieczki.

Co dalej? Bo powoli dochodzę do momentu, gdzie i w Słowackich Tatrach odwiedziłem już niemal wszystkie trudniejsze i bardziej popularne miejsca. Na ten rok jeszcze celów powinno wystarczyć, jednak obawiam się, że niedługo zacznie mi „brakować gór” i trzeba będzie albo zacząć ruszać się gdzieś dalej, albo nieco zmienić podejście do turystyki i bardziej otworzyć na działalność pozaszlakową lub wręcz górską wspinaczkę. No nic, zobaczymy co przyniesie czas – ja w każdym razie już teraz nie mogę doczekać się kolejnego wypadu w ukochane Tatry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.