Wiślana Trasa Rowerowa (WTR) – odcinek Kraków – Szczucin

Ciąg dalszy poznawania Wiślanej Trasy Rowerowej. W marcu przejechałem fragment Kraków – Oświęcim, teraz udałem się w drugą stronę: na dłuższy, ale znajdujący się w nieco lepszym stanie odcinek Kraków – Szczucin. W tekście relacja z przejazdu oraz sporo zdjęć oddających aktualny stan trasy.

Mamy niemal środek maja, więc można śmiało stwierdzić, iż sezon rowerowy w pełni. Jest cieplej, dni są dłuższe, a realizowany od późnej zimy trening zaczyna przynosić efekty. Warto więc myśleć o coraz ambitniejszych projektach i zapuszczać jeszcze dalej od domu.

Na wypad WTR-ką do Szczucina miałem ochotę od czasu, gdy pojechałem Wiślaną Trasą Rowerową do Oświęcimia. Co prawda, ten fragment miał być dużo ambitniejszy, ale wydawało mi się, że leży w zasięgu moich możliwości. Dużo pewności dała też niedawna wyprawa w Beskid Śląski, gdzie w ciągu pierwszego dnia przejechałem niemal 140 km w mocno pagórkowatym terenie. Na WTR czekało mnie ponad 170, ale na drogach niemal zupełnie płaskich. Powinno się udać.

Jeszcze drobne wyjaśnienie: dlaczego piszę 170 km, skoro sam odcinek Kraków – Szczucin ma około 130? Bo cóż, trzeba jakoś wrócić do domu, a najbliższy dworzec kolejowy znajduje się w oddalonym o kolejne 40 km Tarnowie. Można oczywiście kombinować w noclegiem, mieć wsparcie w postaci znajomego z samochodem lub wymyślić jeszcze coś innego, ale ja chciałem zamknąć ten wypad w 1 dniu, co oznaczało również atak na osobisty rekord trasy przejechanej rowerem.

O Wiślanej Trasie Rowerowej

Trochę o projekcie Wiślanej Trasy Rowerowej pisałem już w tekście dotyczącym odcinka Kraków – Oświęcim. Zainteresowanych odsyłam tam, a teraz podam tylko parę najważniejszych informacji.

WTR to długodystansowy szlak rowerowy, mający prowadzić z Wisły nad Bałtyk wzdłuż najdłuższej z polskich rzek. Prace nad jego budową idą bardzo powoli, choć w ostatnich latach małopolski fragment rozwinął się na tyle, że (z paroma niedługimi odjazdami) można go przejechać praktycznie każdym rowerem, łącznie z delikatnymi szosówkami.

Mapę WTR w Małopolsce można znaleźć pod tym adresem. Strona zawiera często aktualizowane informacje o przebiegu budowy, stanie nawierzchni, utrudnieniach i ewentualnych objazdach, więc można ją bez obaw wykorzystywać do planowania swojej wycieczki.

WTR – relacja z przejazdu odcinkiem Kraków – Szczucin

To będzie długi dzień. Znając swoje możliwości oraz pamiętając inne, równie ambitne wyjazdy, zakładam, że przejechanie tych ponad 170 km zajmie mi około 9 – 11 godzin. Dodając do tego pewien margines bezpieczeństwa, okazuje się, że najlepiej wyruszyć możliwie wcześnie rano.

Pobudka o 5:30. Jem śniadanie, przygotowuje jedzenie i picie, a następnie pakuję plecak. Biorę parę bananów, kanapki i kilka batoników. Picia mam 3,5 litra, głównie w postaci izotoników. W kwestiach serwisowych: 2 dętki, pompka i skuwacz do łańcucha. Żadna z prognoz pogody nie zapowiada ani kropli deszczu, więc odpuszczam wodoszczelną odzież. Przyda się natomiast krem z filtrem UV i okulary przeciwsłoneczne.

Około 6:30 znoszę rower przed blok i zaczynam wycieczkę. Po wydostaniu z osiedla, udaję się na Most Grunwaldzki, gdzie oficjalnie dołączam do Wiślanej Trasy Rowerowej. Próżno tu jednak szukać jej jakichkolwiek oznaczeń. Krakowski odcinek jest w fatalnym stanie, trzeba albo znać drogę, albo intensywnie korzystać z mapy.

Gdy jestem już po północnej stronie Wisły, zjeżdżam na bulwary i ruszam w kierunku wschodnim. Przez około 2 kilometry mam do dyspozycji wydzielony pas drogi dla rowerów, poprowadzony niedaleko rzeki.

Ścieżka rowerowa na bulwarach wiślanych (widok z Mostu Grunwaldzkiego).

Po tym odcinku napotykam jednak problemy. W związku z budową nowego mostu kolejowego, bulwary pod Mostem Powstańców Śląskich są zamknięte i trzeba szukać objazdu.

Zamknięty odcinek bulwarów w okolicy Mostu Powstańców Śląskich.

Wynoszę rower po schodach i przez chwilę kontynuuję jazdę ulicą Podgórską. Kilkaset metrów dalej mogę z powrotem wrócić na bulwary, którymi kieruję się w stronę Mostu Kotlarskiego, a następnie na Stopień Dąbie i Bulwary na Dąbiu.

Docieram do Alei Pokoju, gdzie mostem przejeżdżam nad rzeką Prądnik, a potem zatrzymują przy schodach prowadzących nad jej drugi brzeg. Tu znów muszę zsiąść z roweru i wciąg go na ręce. Później jeszcze chwila po nieutwardzonej drodze i w końcu trafiam na pierwszy, bardziej przyjemny odcinek.

Schodki z Alei Pokoju na poziom wałów przeciwpowodziowych.

Wałami z gładką, asfaltową nawierzchnią jadę aż do mostu Wandy. Ten odcinek ma ponad 5 kilometrów i jest jedną z najpopularniejszych krakowskich tras rowerowych. Teraz, na szczęście, jest jeszcze wcześnie, więc spotykam tylko pojedyncze osoby.

Jak na obszar wciąż należący do Krakowa, teren jest daleki od typowo miejskiego. Po jeden stornie mam przemysłowy krajobraz na czele z kominami elektrociepłowni, po drugiej Wisłę oraz otaczające ją łąki i pola uprawne. Kiedyś zdarzyło mi się widzieć tu nawet pasące się… owce.

Wałami przeciwpowodziowymi w kierunku Mostu Wandy.

Dojeżdżam do mostu i w dość dużym ruchu samochodowym przeprawiam się na drugą stronę. Tu teoretycznie powinienem znów wjechać na wały i jechać nimi aż do miejscowości Grabie. Niestety, obecnie jest tam tylko gruntowa ścieżka, więc jeśli ktoś nie ma stricte terenowego roweru, to zalecam objazd publicznymi drogami.

Jako, że sam mam szosę, decyduję się na trasę alternatywną, prowadzącą przez Brzegi i Grabie. To objazd dość długi (niemal 10 km) i w żaden sposób nie oznaczony, więc zalecam przygotować wcześniej dobrą mapę. Choć generalnie, zasada jest taka, że na każdym rozdrożu należy wybierać drogą na miejscowość Niepołomice.

Ruch na tym odcinku jest umiarkowany, a nawierzchnia waha się od idealnej do mocno dziurawej (krótki odcinek za tunelem pod drogą S7). Dominują jednak drogi o całkiem przyzwoitej jakości.

Objazd nieukończonego jeszcze kawałka WTR na odcinku Most Wandy – Grabie.

Za mostem nad potokiem Podłężanką objazd się kończy, a ja z radością witam kolejny etap wytyczony po wiślanych Wałach. Dopiero tutaj, po około 22 kilometrach jazdy, trafiam na pomarańczowe oznaczenia WTR-ki. Sporo to trwało, ale zapewniam, że jak znaki już się pojawiają, to później są świetne aż do samego Szczucina. Poważnie, oznaczony jest każdy zakręt, nawet na terenie małych wsi. Sam nie musiałem ani razu sięgać po mapę czy GPS.

Początek trasy na wałach za potokiem Podłężanka. Jak widać, do Szczucina jeszcze kawał drogi.

Tu zaczyna się prawdziwa frajda z jazdy Wiślaną Trasą Rowerową. Doskonały asfalt, zero ruchu i masa ładnych krajobrazów. Wisłę widać często, choć pomimo przebywania na jej wałach, nie cały czas. Nierzadko pomiędzy mną a rzeką jest szeroki pas łąk i pól uprawnych. O tej porze roku w oczy szczególnie rzucają się soczyście żółte uprawy rzepaku.

Przejazd pod mostem kolejowym przed Niepołomicami.

Gdzieś na trasie tego odcinka znajduje się MOR (Miejsce Obsługi Rowerzystów) w Niepołomicach. To taki niewielki plac z zadaszonym miejscem do siedzenia, stojakami na rowery, koszami na śmieci, a czasem nawet toaletą. Można się na chwilę zatrzymać, zjeść, odpocząć. Choć akurat w przypadku odcinka Kraków – Szczucin, MOR-y rzadko znajdują się bezpośrednio przy trasie. Czasem trzeba zjechać z wału i nadłożyć kilkaset metrów. Tak jest właśnie w przypadku MOR Niepołomice.

Nieco lepiej usytuowany jest MOR Ispina, położony w okolicach mostu na drodze 775: leży tylko jakieś 100 – 200 metrów od WTR-ki. Do tego punktu docieram po ponad 20 km nieprzerwanej niczym jazdy wałami.

WTR na wałach w okolicy Niepołomic.
Dobry asfalt i pełno zieleni – to dość częsty widok na Wiślanej Trasie Rowerowej.
MOR Ispina.

Za Ispiną znów parę kilometrów wałami. Przez pewien czas, po lewej stronie oglądać mogę okazały hotel w Hebdowie pod Nowym Brzeskiem, który zlokalizowano w starym klasztorze, którego historia sięga aż XII wieku.

Hotel w Hebdowie na terenie dawnego klasztoru norbertańskiego.

Asfalt na wałach kończy się w miejscowości Grobla. Później muszę włączyć się w ruch ogólny, choć ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, ten ruch niemal tu nie występuje. Drogi są niezłej jakości, a samochodów praktycznie zero, więc nadal jedzie się bardzo wygodnie. Choć walory krajobrazowe niestety trochę mniejsze.

Okolice Grobli, odcinek w ruchu ogólnym.

W okolicach wsi Niedary na chwilę pojawia się ścieżka rowerowa wzdłuż drogi wojewódzkiej, jednak nie byłem z niej zbyt zadowolony. Jakość jest średnia, na asfalcie leży trochę drobnych kamieni i innego śmiecia, a w dodatku parę razy musiałem przejeżdżać z jednej strony drogi na drugą. Na szczęście, nie był to długi odcinek.

Ciąg pieszo-rowerowy w miejscowości Niedary.

Później jeszcze chwila po publicznych drogach, przejazd przez rzekę Rabę i w miejscowości Ujście Solne znów wskakuję na wały. To będzie kolejny długi odcinek, który nimi poprowadzono. Ciągnie się około 30 km z niewielką przerwą w Rząchowej, gdzie przez kilka minut trzeba będzie korzystać z lokalnej drogi.

I znów na wałach, tym razem dość blisko Wisły.
Choć w okolicy czasem pojawiają się niewielkie pagórki Wiślana Trasa Rowerowa do Szczucina jest niemal zupełnie płaska.
MOR w Kopaczach Wielkich.

Gdy mam za sobą 80 kilometrów jazdy, dopada mnie lekki kryzys. Trochę opadam z sił, wydaje mi się również, że nieco ciężej się oddycha. Zwalniam, staram się uspokoić i nie myśleć to tym, że nie jestem nawet w połowie drogi. Szczerze mówiąc, to chyba najgorsze miejsce na kryzys, bo niezależnie od tego, czy będę jechał dalej, czy zawrócę, odległość będzie podobna. Na szczęście, po paru kilometrach przechodzi i znów jedzie się przyjemnie.

Tu może parę słów o odżywaniu na trasie i ogólnej strategii jazdy. Przede wszystkim, powoli! Mam spory zapas czasu, więc nie muszę się nigdzie spieszyć. Jak to mówią: „kto idzie powoli, zajdzie daleko”. Myślę, że na rower to też się przekłada.

Nie kieruję się jednak prędkością, a tętnem, które cały czas mierzy mi pulsometr w sportowym zegarku. Staram się trzymać go w okolicach 120, choć na odcinkach z niekorzystnym wiatrem jest to trudniejsze. Gdy widzę, że dobija do 125, umyślnie zwalniam. Przyspieszać nie muszę, bo jakoś nogi same chcą szybciej kręcić i muszę je raczej przed tym powstrzymywać.

Jem co pół godziny. I to regularnie co pół godziny, nawet gdy mi się nie chce. Na zmianę: banan, kanapka, batonik. Dzięki temu dostarczam organizmowi niezbędnych węglowodanów w ilości mniej więcej pokrywającej to, co spalę. Oczywiście, przy tak długim wysiłku nie da się uniknąć ujemnego bilansu kalorycznego, ale przynajmniej jakoś ograniczam straty.

Choć akurat te chmury nie wyglądają zbyt przyjaźnie, pogoda do jazdy była tego dnia niemal idealna.
Przejazd przez rzeczkę Kisielina.
Ogromne pola rzepaku są tu częstym widokiem.

W Demblinie wały się kończą i ponownie poruszam się po publicznych ulicach. Jednak i tu nie jest to żaden problem. Wiejskie drogi są jakości co najmniej dobrej, a ruch minimalny. Szerze mówiąc, naliczyłem tu więcej traktorów na polach niż aut na drodze.

Ponownie wśród pół, choć tym razem już na publicznej drodze.

Skręcam na Wietrzychowice, gdzie ruch jest nieco większy, ale nie na tyle, by powodować dyskomfort. W miasteczku jestem z resztą tylko przez chwilę. Później kieruję się w stronę Dunajca, przez który mam zamiar przeprawić się darmowym promem. Kursuje przez cały rok, od 6:00 do 18:00 (latem nawet do 20:00). Kurs trwa parę minut i wygląda dokładnie tak samo, jak w przy okazji innych promów na Wiśle, z których miałem okazję korzystać.

Ciekawy kościół w centrum Wietrzychowic.
Przeprawa promowa przez Dunajec.

Chwilę przed wjazdem na prom minąłem skrzyżowanie z inną małopolską trasą rowerową – Velo Dunajec. To kolejny z budowanych aktualnie szlaków długodystansowych. Pracę są już na dość zaawansowanym poziomie i myślę, że w niedługim czasie będzie można tam zrobić całkiem fajną wycieczkę. Dla zainteresowanych, szczegółowa mapa Velo Dunajec dostępna tutaj.

Po drugiej stornie rzeki odbijam na północ, gdzie czeka mnie jeszcze parę kilometrów jazdy przez wsie. Ale tak jak wcześniej: drogi dobre, ruch mały. WTR po wschodniej stronie Krakowa wytyczono naprawdę dobrze.

Nawet, gdy muszę poruszać się po drogach publicznych, nie odczuwam dyskomfortu związanego z dużych ruchem.

Mijam kolejno miejscowości Siedliszowice, Bieniaszowice, Okręg i Ujście Jezuickie. Z perspektywy ulicy nie wyróżniają się niczym szczególnym. W tej ostatniej znów kończy się etap „drogowy” i zaczynają wały. Zanim jednak na nie wjadę, zatrzymuję się na moment przy ciekawym pomniku poświęconym ofiarom II Wojny Światowej.

Pomnik ku pamięci ofiar II Wojny Światowej w Ujściu Jezuickim.

A więc znów wały. Już ostatnie, choć ten odcinek jest akurat najdłuższy. Ciągnie się przez ponad 30 km. Gdzieś tam w głowie kiełkuje myśl, że to już prawie koniec. Oczywiście, dobrze wiem, że tak nie jest. Mam na liczniku tylko nieco ponad 100. Samej WTR-ki jest jeszcze 30, a potem kolejne 40+ do Tarnowa. Więc jestem dopiero lekko za połową. Ale takie dzielenie trasy na etapy sporo daje. Myślenie o całości może przerażać. Jednak, gdy podczas jazdy człowiek skupia się tylko na najbliższym, niezbyt długim odcinku, cel za każdym razem wydaje się wykonalny.

Te sama nawierzchnia, te same krajobrazy. Niby nie ma tu nic nowego, ale jazda nadal sprawia mi przyjemność. Jak mieszkaniec bardzo gęsto zaludnionego obszaru, zawsze dobrze czuję się w miejscach, gdzie na horyzoncie nie widać zbyt wielu zabudowań.

Wały, lasy, pola – ten sam krajobraz od niemal 100 kilometrów.
Mimo tej lekkiej monotonii, nie odczuwam znudzenia. Jest fajnie!
Końcówka coraz bliżej.

Czas leci szybko. Mnie nadal nic nie boli, więc skupiam się tylko na oglądaniu widoków, pilnowaniu tętna i regularnym odżywianiu. Nagle na horyzoncie pojawia się MOT Szczucin – ostatni na mojej dzisiejszej trasie. Dalej jeszcze tylko chwila wałem i docieram do dużego, zielonego mostu na Wiśle. Tu, przy granicy z województwem świętokrzyskim, kończę swoją przejażdżkę Wiślaną Trasą Rowerową.

MOR Szczucin – równie zadbany, jak inne napotkane po drodze.
Koniec małopolskiego odcinka Wiślanej Trasy Rowerowej. Niestety, ten w województwie świętokrzyskim jeszcze nie istnieje.

Dojazd do Tarnowa i powrót do domu

W Szczucinie skręcam w prawo i wjeżdżam na drogę krajową 73. Tu już nie marzę o cichych i spokojnych ulicach. Wiem, że będzie duży ruch, ale zdaję sobie też sprawę, że to najkrótsza trasa, a nie mam już ochoty na błądzenie i szukanie objazdów.

Z innych problemów, teraz jest lekko pod wiatr, a niedługo pojawią się również pagórki. Czyli najgorsze na koniec… Ale co by nie było: do mety już wcale nie tak daleko!

Zanim opuszczę miejscowość, zaglądam jeszcze na rynek oraz do muzeum drogownictwa. Mój wzrok przyciągnęły ciekawe maszyny i otwarta brama. Co prawda, przy próbie wjazdu zatrzymał mnie strażnik, ale po chwili rozmowy stanęło na tym, że mogę zostawić rower pod ich opieką i pospacerować po placu ze sprzętem. Bardzo sympatyczne miejsce i pewnie sporo użytecznej wiedzy. Chętnie wróciłbym tu kiedyś na dłuższe zwiedzanie, bo teraz skończyłem jedynie na pobieżnym pooglądaniu ekspozycji. Nie mówiąc już o tym, że nie zajrzałem nawet do części mieszczącej się we wnętrzu muzeum.

Po odwiedzaniu tej dodatkowej atrakcji, ruszam dalej na południe. Drogę mogę podzielić na dwa etapy: do Dąbrowy Tarnowskiej (mniej więcej w połowie) oraz do samego Tarnowa. Pierwszy odcinek jest dość płaski i prowadzi na zmianę przez lasy i niewielkie grupki zabudowań. W sumie, nie był aż tak męczący, jak się obawiałem.

Leśny odcinek drogi 73.

Przejazd przez Dąbrowę też poszedł sprawnie. Droga była dobrze oznaczona, a sama miejscowość okazała się niewielka, więc już po chwili zabudowa znów się przerzedziła i mogłem kontynuować jazdę do Tarnowa.

Tu również dominowały lasy i niezbyt gęsto zaludnione wioski, ale pod koniec pojawiły się również górki. Na szczęście, żaden z podjazdów nie był szczególnie wymagający. Nawet mając w nogach ponad 150 km ich pokonywanie szło nieźle.

Droga 73 na odcinku Dąbrowa Tarnowska – Tarnów.

W końcu mijam tabliczkę z napisem Tarnów i zaczynam kierować w stronę centrum. Dość szybko pojawiają się ścieżki rowerowe. Niestety, mają one postać płyt chodnikowych (czasem koszmarnie wyboistych), więc jazda nimi daleka jest od jakiejkolwiek przyjemności.

Drogowskazów na dworzec nie znalazłem, więc w końcu przestałem zwracać uwagę na jakiekolwiek tabliczki, odpaliłem GPS i samodzielnie ustawiłem trasę. Wyszło jednak na to, że nawigator ze mnie kiepski – trochę sobie pobłądziłem po wąskich, często jednokierunkowych uliczkach i nadłożyłem parę kilometrów. Ale ostatecznie, do dworca jakoś dotarłem.

Dworzec kolejowy w Tatrnowie – meta mojej dzisiejszej wycieczki.

Wchodzę do budynku, znajduję kasę i kupuję bilet. Pociągi jeżdżą dość często. Odjazd do Krakowa jest średnio co pół godziny, choć ze względu na kilku różnych przewoźników są też wahania w cenach biletów. Ja wybrałem po prostu najbliższy pociąg Kolei Małopolskich, gdzie za bilet dałem 19 zł (12 za osobę + 7 za rower).

Skład przyjechał idealnie o czasie. W przedziale były 4 wieszaki na rowery, więc umieściłem swojego Tribana na jednym z nich i z ulgą zająłem wygodne miejsce siedzące (no dobra, jakoś wybitnie wygodne nie było, ale po całym dniu jazdy wszystko będzie wygodniejsze od rowerowego siodełka).

Podróż do Krakowa zajęła około 1,5 godziny. Po drodze wsiało jeszcze sporo osób, znaczna część z rowerami. Wygląda na to, że taki sposób powrotu do domu po dłuższej wycieczce jest tu całkiem popularny. Ale cóż, linia kolejowa przebiega przy cieszącej się dużym powodzeniem wśród rowerzystów Puszczy Niepołomickiej, więc w sumie nie ma się co dziwić.

Podsumowanie

Po powrocie do domu czułem się zaskakująco dobrze. Nawet wniesienie roweru na czwarte piętro nie było szczególnie trudne. Wciąż miałem siły, nie chciało mi się jeść, nie umierałem z pragnienia. Chyba całkiem dobrze rozegrałem ten wyjazd. Oczywiście wysiłek był duży, ale pewnie po paru dniach będę już nieźle zregenerowany.

Nie wiem niestety, jak dużo kilometrów udało się przejechać. GPS w zegarku, ze względu na konieczność oszczędzania baterii, ustawiłem na średnią dokładność, a wtedy jego pomiary są obarczone pewnym błędem. Wskazania zegarka: 182 km, po korekcji na Stravie 179, wyliczenia z Google Maps przed wyjazdem – około 175.

Myślę, że ta środkowa wartość jest najbliższa prawdzie, ale w sumie, dokładna liczba nie jest tu szczególnie ważna. Na pewno pobiłem swój życiowy rekord dystansu, a przede wszystkim świetnie się bawiłem przez te niemal 10 godzin jazdy (uwaga: opinia wydana już po powrocie, podczas jazdy nie zawsze było tak świetnie :) ). Chyba mogę powoli zacząć uważać, że uda się w tym roku przebić tą wymarzoną barierę 200 kilometrów.

Ok, wracając jeszcze na chwilę do Wiślanej Trasy Rowerowej: oczywiście, bardzo polecam ten odcinek. Po wydostaniu się z Krakowa cechuje go spokój, świetny asfalt, niezłe oznaczenie i wiele ładnych krajobrazów. Droga jest też niemal zupełnie płaska.

Problemem może być tylko dystans i logistyka. Bo jednak 170+ km to już nie jest trasa dla każdego. Można ją jednak podzielić na 2 dni. Na trasie dość często trafiałem na strzałki kierujące do jakiejś pobliskiej agroturystyki. Ze względu na lokalizację, pewnie będą to miejsca przyjazne rowerzystom, a i ceny nie powinny być szczególnie wygórowane.

Można też zacząć lub skończyć wcześniej. WTR na terenie Małopolski ma aż 232 km długości, a dodając do tego odcinek w województwie śląskim, dostępnych jest naprawdę sporo opcji. Niezależnie od tego, na którą padnie wybór, uważam, że Wiślana Trasa Rowerowa zapewni każdemu rowerzyście sporo frajdy. Trzymam kciuki za dalszy rozwój tego projektu!

Tutaj jeszcze opis innych odcinków Wiślanej Trasy Rowerowej:

A na koniec oczywiście mapa przejechanej trasy.

20 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *