Grań Kościelców – opis drogi, trudności, zdjęcia

No i stało się. Po kilku latach włóczenia się poza szlakami i powolnego stopniowania trudności, w końcu przeskoczyłem poziom wyżej i zacząłem się w Tatrach wspinać. Tak prawdziwie – w zespole, z liną, odpowiednim obuwiem i sprzętem do asekuracji. Za mną pierwsza taternicka przygoda, która miała miejsce na dość popularnej wśród początkujących wspinaczy Grani Kościelców.

Relacja z tej wycieczki dostępna jest również w wersji filmowej. Aby obejrzeć materiał, kliknij tutaj.

Właściwie, to nie był mój pomysł. Choć proste drogi w skałach pokonuję już od jakiegoś czasu, nie spieszyło mi się z szybkim przenoszeniem tego w Tatry. Pewnie i tak prędzej czy później by do tego doszło, ale raczej nie zakładałem, że będzie to już ten sezon. A jednak się udało. Wszystko dzięki jednemu koledze, który pewnego dnia napisał do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym zrobić czegoś razem w górach. Niedługo później spotkaliśmy się w skałach, trochę poćwiczyli i doszli do wniosku, że można działać. Następnego dnia byliśmy już w drodze na Kościelce.

Grań Kościelców – podstawowe informacje

Mianem Grani Kościelców określa się jedną z bocznych grani Tatr Wysokich, która ciągnie się od Zawratowej Turni na północ, w stronę Małego Kościelca. Wśród taterników ten termin oznacza jednak krótszy odcinek, od Mylnej Przełęczy do wierzchołka Kościelca. To tu skupiają się największe i najciekawsze wyzwania wspinaczkowe. Fragment od Mylnej Przełęczy do Zawratowej Turni ma bowiem trudności bardziej turystyczne, a przejście grani Małego Kościelca jest mocno uciążliwe ze względu na pojawiającą się w jej dolnej części gęstą kosodrzewinę.

Ze względu na wygodne dojście, dobrej jakości skałę i stosunkowo niewielkie trudności, Grań Kościelców cieszy się sporą popularnością wśród początkujących wspinaczy oraz uczestników kursów taternickich. Można ją przechodzić w obie strony, choć znacznie bardziej popularne jest zaczynanie na Mylnej Przełęczy i przejście w stronę Kościelca.

Choć Grań Kościelców znajduje się poza siecią szlaków turystycznych, każdy może się tam wybrać zupełnie legalnie. Potrzebny jest tylko wpis do Książki Wyjść Taternickich, który można zamieścić online albo w pobliskim schronisku. Przy czym uwaga: fakt, że każdy może, nie oznacza, że każdy powinien. Ta droga przeznaczona jest wyłącznie dla osób, które wiedzą, w co się pakują.

A skoro jesteśmy przy trudnościach: Grań Kościelców posiada wycenę II. To już typowa wspinaczka, gdzie stopnie są małe, chwytów trzeba poszukać, a teren nierzadko bardziej przypomina pionową ścianę niż górski stok. Do tego mamy też sporo ekspozycji, na którą lepiej nie być zbyt wrażliwym.

Na drogach o trudności II większość osób będzie stosować asekurację (choć zdarzają się oczywiście ludzi idący „na żywca”). Należy mieć więc ze sobą co najmniej 30-40 metrów liny, uprząż, karabinki, ekspresy, pętle, przyrząd asekuracyjno-zjazdowy, trochę repsznura i kask. Choć droga jest w większości obita, w niektórych miejscach dobrze jest dołożyć coś swojego, więc nie zaszkodzi zabrać również parę kości lub friendów. W kwestii obuwia, typowo wspinaczkowe nie jest tu koniecznością, choć w pewnych miejscach na pewno ułatwi przejście.

Czas przejścia Grani Kościelców będzie zależał od doświadczenia zespołu, sposobu asekuracji (wyciągi lub lotna), warunków pogodowych oraz tłoku na drodze, bo przy dobrej pogodzie raczej nie będziemy tu sami. Najszybszym zejdzie pewnie około jednej lub dwóch godzin, wolniejsi i dokładniejsi mogą się wspinać nawet kilkukrotnie dłużej (nam zeszło około 4 godzin, choć warto wziąć pod uwagę, że była to nasza pierwsza wspinaczka w Tatrach).

Grań Kościelców – relacja z przejścia

Dojazd do Brzezin

Na tę wycieczkę udajemy się we dwójkę. Startuję około 4:00 rano spod mojego bloku w Krakowie, zgarniam Marka z osiedla położonego parę kilometrów dalej, po czym wjeżdżamy na Zakopiankę i ruszamy nią na południe, aż w okolice Poronina. W tej leżącej niedaleko Zakopanego miejscowości odbijamy na wschód, najpierw obierając kierunek na Murzasichle, a później na parking w Brzezinach. Tam rozstawiamy auto na mieszczącym kilkadziesiąt pojazdów parkingu, płacimy 25 złotych za całodzienny postój i kierujemy się w stronę szlaku.

Dojście na przełęcz Karb

Po wejściu na teren parku narodowego trafiamy na szeroką, wygodną drogę, którą przez Dolinę Suchej Wody będziemy się kierować w stronę schroniska Murowaniec. Ten 6,5-kilometrowy odcinek nie jest może zbyt ciekawy, ale za to posiada najmniejsze trudności spośród wszystkich wariantów prowadzących ku Hali Gąsienicowej. To również dość dobra opcja dla osób dojeżdżających w te okolice własnym samochodem.

Idąc przez dolinę, większość czasu spędzamy w lesie. Tylko w paru pojedynczych miejscach pojawiają się jakieś widoki, głównie na Żółtą Turnię albo będącą naszym celem Grań Kościelców. Po drodze mijamy też dwa skrzyżowania z innymi szlakami turystycznymi.

Brzeziny, czarny szlak
Przejście przez Dolinę Suchej Wody. W oddali (nieco po lewej stronie) widać między innymi trójkątny wierzchołek Żółtej Turni.

Pod schronisko docieramy niecałe półtorej godziny od rozpoczęcia marszu. Tam robimy krótki postój, a następnie zmieniamy kolor szlaku na niebieski. Przez chwilę nim schodzimy, a później, na najbliższym rozdrożu, skręcamy w lewo i zaczynamy iść w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego.

Ten odcinek również nie sprawia nam większych problemów. Przez chwilę poruszamy się w otoczeniu lasu, później trafiamy w otwarty, pełen ładnych widoków teren Doliny Czarnej Gąsienicowej, gdzie przez jakiś czas idziemy kamiennym chodnikiem poniżej grani Małego Kościelca. Nieco trudniej robi się dopiero pod koniec, gdzie przez parę minut trzeba nabierać wysokości w celu dostania się nad brzeg Czarnego Stawu.

Szlak nad Czarny Staw Gąsienicowy
Marsz w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Przed sobą widzimy porośnięty kosówką Mały Kościelec, w tle imponującą piramidę Kościelca.
Dojście nad Czarny Staw Gąsienicowy
W dolinie zalega dziś trochę chmur, jednak nieszczególnie się tym przejmujemy – grań, na którą zmierzamy jest łatwa orientacyjnie, a widoki z okolic Kościelców oglądaliśmy już mnóstwo razy.

Po kolejnym, niezbyt długim postoju nad Czarnym Stawem, odbijamy na czarny szlak i zaczynamy podchodzić nim na przełęcz Karb. Ten odcinek nie jest długi (mierzy niecały kilometr), jednak jego strome nachylenie może dać nieco popalić. Szczególnie osobom, które dźwigają w plecakach trochę sprzętu wspinaczkowego.

Podejście na Przełęcz Karb
Kamienny chodnik w dolnej części podejścia na przełęcz Karb.

Po trwającym około 20 minut podejściu, trafiamy na grań Małego Kościelca, gdzie skręcamy w lewo i przechodzimy przez jego główny wierzchołek. Później, wciąż poruszając się po dość szerokiej grani, zaczynamy się obniżać, zmierzając ku popularnej przełęczy. Ten odcinek nie jest już ani wymagający kondycyjnie, ani szczególnie długi.

Mały Kościelec
Przejście przez Mały Kościelec.
Przełęcz Karb
Przełęcz Karb oraz początek drogi na Mylną Przełęcz.

Wejście na Mylną Przełęcz

Dotarłszy na Karb, praktycznie od razu schodzimy ze szlaku, kierując się na ścieżkę po prawej stronie tabliczki mówiącej, żeby ze szlaku nie schodzić (przypominam jednak, że po wpisie do Książki Wyjść Taternickich można tam wejść legalnie). Przez kilkadziesiąt metrów lekko się obniżamy, później trafiamy pod ścianę Kościelca i przez chwilę, mając ją cały czas po lewej stronie, nabieramy trochę wysokości.

Minąwszy Kościelec docieramy do miejsca, gdzie można odbić w górę, ku Kościelcowej Przełęczy. Prowadzi tamtędy najłatwiejsza droga na Zadni Kościelec. Dziś interesuje nas jednak wspinaczkowe wejście od drugiej strony, więc po prostu mijamy odejście i kierujemy się dalej ku Mylnej Przełęczy.

Na dalszym odcinku zbliżamy się do zachodniej ściany Zadniego Kościelca. Tu nadal maszerujemy nieszczególnie stromym, trawiasto-piarżystym terenem. Kawałek dalej trochę nawet schodzimy, jednak tylko po to, by chwilę później znów odzyskać wysokość. Gdzieś w tamtym miejscu zaczynamy również zawijać w lewo, kierując się na bardziej nachylone zbocze.

Droga na Mylną Przełęcz
Obejście Zadniego Kościelca od zachodu.

Nabierając wysokości, w pewnej chwili dostrzegamy charakterystyczną skałkę. To Mylna Strażnica, którą należy obejść od prawej strony. Za nią odbijamy w lewo jeszcze bardziej i zaczynamy ostatnie podejście w stronę Mylnej Przełęczy, którą widzimy teraz po raz pierwszy od wejścia na Karb.

Mylna Przełęcz, podejście
Obejście Mylnej Strażnicy.
Wejście na Mylną Przełęcz
Ostatnia prosta na Mylną Przełęcz.

O ile trawiasta część podejścia nie sprawia większego problemu, to skaliska końcówka jest już większym wyzwaniem. Tu trudności wzrastają z wyceny 0 do I, robi się stromo, a morka, zacieniona skała nie ułatwia zadania. Na szczęście, odcinek nie jest długi, a ścianką dobrze urzeźbiona, więc pokonujemy ją całkiem sprawnie i bez stosowania asekuracji.

Mylna Przełęcz, trudności
Skalista końcówka podejścia na Mylną Przełęcz. Tu nieco lepiej trzymać się tej bardziej spękanej części skały.

Na przełęczy warunki wyraźnie się zmieniają. I to na lepsze! Trafiamy do słońca, które ogrzewa nie tylko nas, ale i grań, którą będziemy zaraz pokonywać. Wiatr też jest tu słabszy niż w pozostawionej niżej dolinie. Wygląda więc na to, że wbrew lekkim obawom, warunki do wspinaczki będą co najmniej dobre.

Grań Kościelców – przejście od Mylnej Przełęczy do Kościelca

Dziś chyba jesteśmy tu pierwsi. Nikogo przed nami, nikogo za nami (póki co, bo później się oczywiście pojawią), więc możemy spokojnie się przebrać i przygotować do pierwszej tatrzańskiej wspinaczki. Zakładamy uprzęże, wpinamy w nie niezbędny sprzęt, przygotowujemy też linę oraz buty.

Pierwszą przeszkodą na grani jest Uszata Turnia, znana też pod nazwą Szafa. To najbardziej wymagająca część drogi, jednak trudności nie zaczynają się od samej przełęczy. Do Szafy trzeba jeszcze kawałek podejść, co w dzisiejszych warunkach czynimy bez asekuracji. Odcinek jest co prawda lekko eksponowany, jednak trudności nie przekraczają 0+, więc naszym zdaniem, spokojnie da się go pokonać bez zabezpieczeń.

Uszata Turnia
Uszata Turnia (Szafa), czyli pierwsza przeszkoda na Grani Kościelców.

W końcu trafiamy pod ścianę, gdzie już zdecydowanie warto się związać. Pierwszy wyciąg poprowadzę ja, później będziemy się zmieniać. To wydaje się dość sprawiedliwe, bo mimo początków naszej wspinaczkowej przygody, oboje rwiemy się do prowadzenia.

Grań Kościelców, Uszata Turnia
Wspinaczkowe trudności na Uszatej Turni.

Jest stromo, czasem z bardzo dużą ekspozycją, ale też ze świetną skałą i pewnymi chwytami. Dla kogoś, kto miał już okazję trochę wspinać się w skałach, trudności raczej nie będą duże. W końcu to tylko „dwójka”. Oczywiście, warto być bardzo ostrożnym, bo odległości między przelotami są większe niż te znane choćby z jurajskich dolinek, więc potencjalny upadek na pewno nie będzie przyjemny.

Nasza 40-metrowa lina wystarcza akurat do końca podejścia na Uszatą Turnię. Mój debiutancki, górski wyciąg dostarczył mnóstwa frajdy i adrenaliny. Po raz pierwszy czułem pod nogami taką przestrzeń, nigdy wcześniej nie chodziłem też po równie stromych ściankach czy płytach. Już teraz szkoda mi, że zaraz będę musiał oddać prowadzenie.

Na Uszatej Turni zakładam stanowisko i asekuruję Marka od góry. Ten radzi sobie całkiem sprawnie, więc już po kilku minutach jesteśmy tu razem. Oddaję mu trochę sprzętu, a później patrzę, jak bez większych problemów pokonuje kolejne przeszkody.

Za Szafą znajdują się Pośrednie Mylne Wrótka, na które trzeba nieco zejść, a później pociągnąć wyciąg dalej, w stronę Mylnej Kopy. Tam również trudności są wyceniane na II, jednak naszym wspólnym zdaniem, jest łatwiej niż na Uszatą Turnię. Jak widać, dwójka dwójce nierówna.

Grań Kościelców, przejście
Marek prowadzący wyciąg na Mylną Kopę.

Niestety, nasza 40-metrowa lina okazuje się nieco za krótka, by pokryć cały odcinek od Szafy do Mylnej Kopy, więc w pewnej chwili muszę nieco podejść i przenieść swoje stanowisko za Pośrednie Mylne Wrótka. Robię to jednak bez problemu i z niezłą asekuracją, więc już po chwili Marek na dość liny, by dokończyć prowadzenie swojego kawałka drogi.

Gdy dociera do końca i zakłada stanowisko, ja idę „na drugiego” i zbieram sprzęt. Oprócz wpiętych w punkty asekuracyjne ekspresów, użyliśmy również paru friendów, które dały nam nieco więcej pewności i skracały potencjalny lot.

Odcinek dzielący Mylną Kopę, a znajdujące się kawałek dalej Wyżne Mylne Wrótka pokonujemy na lotnej asekuracji. Wciąż jest tu spora ekspozycja, jednak lita skała i trudności mieszczące się w zakresie I skłaniają nas do szybszego poruszania się. Chyba tylko dwa razy założyliśmy jakąś pętlę.

Mylna Kopa
Grań za Mylną Kopą.
Przejście Grani Kościelców
Wciąż w ekspozycji, jednak techniczne trudności nie są tu zbyt duże (I).

Po zejściu na Wyżne Mylne Wrótka znów zamieniamy się prowadzeniem. Ten wyciąg należy do mnie, choć okazuje się krótki i poza jednym miejscem kawałek po starcie, nie ma w nim nic szczególnie wymagającego. W parę pojedynczych minut pokonuję spiętrzenie nad przełączką, potem idę jeszcze kawałek na południowy wierzchołek Zadniego Kościelca. Tam zakładam stanowisko i ściągam Marka do siebie.

Zadni Kościelec
Na południowym wierzchołku Zadniego Kościelca.
Zadni Kościelec, widoki
Widoki na pokonaną własnie grań, a w tle również Zawratową Turnię.

Na Zadnim Kościelcu robimy sobie nieco dłuższą przerwę. Głównie na jedzenie i picie, ale też na chwilę odpoczynku. W międzyczasie dociera do nas inna ekipa, dla której również jest to pierwsza wspinaczka w Tatrach. Czyli jak pisałem we wstępie – niezła droga dla początkujących.

W końcu postanawiamy ruszać dalej. Minąwszy oba wierzchołki Zadniego Kościelca przechodzimy jeszcze parę metrów nietrudnego terenu (bez asekuracji), aż docieramy do uskoku, który posiada wycenę III. Nam nim trafiamy na solidne stanowisko, którego używany do krótkiego zjazdu. Najpierw ja, potem Marek, a na końcu jeszcze dwie osoby ze wspomnianej wcześniej ekipy. Po wszystkim ściągamy linę, chowamy do plecaka i ruszamy ku Kościelcowej Przełęczy. Na tym odcinku tylko przez chwilę jest I, potem już maksymalnie 0+, więc celowo rezygnujemy z zabezpieczeń.

Grań Kościelców, zjazd
Zjazd za Zadnim Kościelcem.
Zejście na Kościelcową Przełęcz
Grań w stronę Kościelcowej Przełęczy. Jak ktoś woli, to może ten odcinek bardzo łatwo obejść po lewej stronie (uwaga zdjęcie jest wycięte z nagrania kamerą szerokokątną, więc trudności mogą być nieco przekłamane).

Po dotarciu na Kościelcową Przełęcz wiążemy się ponownie. Zgodnie z umową, prowadzenie przejmuje Marek. Oprócz wspinania na Uszatą Turnię, jest to drugi najfajniejszy kawałek tej drogi. Grań Kościelca przypomina stąd wąską, stromą płetwę, więc ciągnięcie tego wyciągu z pewnością daje mnóstwo satysfakcji.

Kościelec od Kościelcowej Przełęczy
Grań pomiędzy Kościelcową Przełęczą a Kościelcem.

Do pewnego momentu idzie sprawnie, jednak na końcu wyciągu Marek dostrzega, że popełniliśmy błąd w prowadzeniu liny. Wcięła się w skały i bardzo ciężko ją wybierać. Do góry podchodzę więc z marną asekuracją i możliwością nawet kilkunastometrowego lotu. Na szczęście, grań okazuje się łatwiejsza niż wyglądała z dołu, więc bez problemu (choć z lekkim stresem) nabieram wysokości i zbieram pozostawiony sprzęt. W końcu docieram też do miejsca zacięcia liny i kilkoma szarpnięciami uwalniam ją spomiędzy skał.

Wspinaczka na Kościelec
Stroma grań oglądana z dołu. W rzeczywistości, jest tu mnóstwo niezłych stopni i chwytów.

Dobrze, że do zacięcia liny nie doszło wyżej. Kolejny odcinek jest bowiem dość wymagający i z pewnością najtrudniejszy na całym wyciągu. Choć i tu okazuje się, że z dołu wyglądało to gorzej, niż było podczas przejścia.

Grań Kościelców, trudności
Najtrudniejszy fragment wyciągu na Kościelec.

Długość naszej liny nie pozwoliła dotrzeć aż na wierzchołek. Do wierzchołka Kościelca został jeszcze kawałek, więc zamieniamy się i ostatni wyciąg prowadzę ja. Tu nie ma już jednak większych trudności, więc idzie całkiem sprawnie. Po chwili jesteśmy już z Markiem obok siebie, w miejscu, gdzie wyraźnie słychać przebywających na szczycie turystów.

Kościelec, wejście od Przełęczy
Gdzieś tu kończą się wspinaczkowe trudności na Grani Kościelców.

Końcówkę pokonujemy na lotnej asekuracji, w parę pojedynczych minut docierając na oblegany przez dziesiątki ludzi wierzchołek. Tam znajdujemy sobie parę wolnych kamieni i kończymy wspinaczkę. Pora nieco odpocząć, a potem ściągnąć z siebie zbędny już sprzęt i rozdzielić go między właścicieli.

Kościelce, przejście grani
Ostatnie metry przed wejściem na Kościelec. Oczywiście, dotarcie na szczyt od tej strony ściąga na nas wzrok większości przebywających tam ludzi.
Widoki z Kościelca
Widoki z Kościelca na pokonaną właśnie grań.
Kościelec, widoki
A tu w stronę Koziej Dolinki i Orlej Perci.

Zejście z Kościelca

Po kolejnej przerwie postanawiamy schodzić do doliny. Niestety, odcinek nie okazuje się tak bezproblemowy, jak się tego spodziewaliśmy. Nie chodzi tu jednak o trudności techniczne, lecz o zatory z turystów, którzy niezbyt dobrze radzą sobie z morką skałą. W trudniejszych miejscach tworzą się korki, które niestety trzeba jakoś przeczekać. Rekord pada gdzieś w pobliżu kilkumetrowego progu w środku zejścia, gdzie stoimy niemal pół godziny! Żartujemy nawet, że szybciej byłoby zjechać z wierzchołka na Kościelcową Przełęcz i z niej wrócić na Karb.

Kościelec, zejście
Zejście z Kościelca z niezłym widokiem na grań Małego Kościelca.

Za progiem idzie już szybko. Docieramy na przełęcz, przechodzimy przez Mały Kościelec i czarnym szlakiem ruszamy nad brzeg Czarnego Stawu Gąsienicowego. To ten sam wariant, co pokonywany rano, choć oczywiście w odwrotnym kierunku.

Przejście przez Mały Kościelec
Powrót przez Mały Kościelec.
Zejście z Karbu
Zejście nad Czarny Staw.

Powrót

Dotarłszy nad Czarny Staw skręcamy w lewo i niebieskim szlakiem ruszamy w stronę schroniska Murowaniec. Przechodzimy pod Małym Kościelcem, potem jeszcze chwilę lasem i odbijamy w stronę obleganego przez tłumy budynku. Teraz nie czujemy potrzeby, by robić tu jakikolwiek postój.

Mijamy schronisko i czarnym szlakiem zaczynamy zejście do Brzezin. W dół idzie nieco szybciej, choć i zmęczenie jest znacznie większe, więc nie szalejemy z tempem. Ostatecznie, na parking docieramy jednak dość sprawnie, w czasie niewiele ponad godzinę. Tam wsiadamy do auta i ruszamy w drogę powrotną do Krakowa.

Zejście do Brzezin
Zejście do Brzezin.

Przejście Grani Kościelców – podsumowanie

To było coś nowego! Postęp, który co prawda zbliżał się nieubłaganie, lecz i tak jestem lekko zaskoczony, że doszło do niego już w tym sezonie. Wygląda jednak na to, że w końcu zostałem „prawdziwym” taternikiem. Zacząłem wspinać się w górach, co kiedyś było dla mnie czymś kompletnie niewyobrażalnym. Pamiętam, że wiele lat temu, gdy pierwszy raz przyjechałem w Tatry, nieźle dało mi popalić zwykłe wejście na Kasprowy Wierch. Bardzo trudne wydawało mi się zdobycie Giewontu, a Rysy uważałem za cel leżący poza zasięgiem turysty mojego pokroju.

A jednak, poziom rósł. Padały kolejne szczyty, łącznie z tymi Rysami czy uważaną za najtrudniejszą w Polsce, Orlą Percią. Później zacząłem jeździć na Słowację, chodzić zima, zapuszczać się poza szlaki. A teraz się wspinam i to nie z przewodnikiem, czy „na drugiego” z lepszym kolegą, tylko normalnie, będąc członkiem zespołu i współprowadząc drogę. Co dalej? Nie mam pojęcia, ale już teraz wiem, że na pewno będzie fajnie!

W tym miejscu muszę oczywiście podziękować Markowi, który wymyślił tę wycieczkę, a także przekazał mi nieco wspinaczkowej wiedzy. Były również inne osoby, z którymi miałem okazję działać w skałach i uczyć się nowych rzeczy. Jak więc widać, pasja i upór to jedno, ale wiele postępów można też poczynić trafiając na odpowiednich ludzi.

Ok, ja dopiero liznąłem wspinania. Wiem, że będę chciał się dalej w tym kierunku rozwijać, ale z drugiej strony, powinienem działać rozważnie, nie rzucając się na coraz większe trudności. Bo jednak jest to sport niebezpieczny, a o błędy nietrudno. Sami zresztą popełniliśmy parę podczas tej wycieczki. Ważne, by je zauważać, wyciągać wnioski i korygować w przyszłości.

Rosnąca fascynacja wspinaczką nie oznacza oczywiście rezygnacji z łatwiejszych celów. One wciąż cieszą mnie tak samo, jak parę lat wcześniej, więc nadal z chęcią będę włóczył się się drogimi o trudnościach 0+ czy nawet 0. W Tatrach niemal wszędzie jest fajnie, a chęć górskiego rozwoju wcale nie musi się kłócić z poznawaniem tych mniej ambitnych szczytów czy przełęczy. Mam więc nadzieję, że w tym kończącym się powoli sezonie wyjdzie mi jeszcze co najmniej kilka takich wypadów.

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *