Rowerem z Bielska do Krakowa przez przełęcze Beskidu Małego
O takiej trasie myślałem już od dość dawna. Zabrać rower, wsiąść do pociągu, pojechać gdzieś daleko i potem wracać do domu przez tereny, gdzie raczej nie dotarłbym organizując wycieczkę w formie pętli. Na pierwszy raz wybrałem wyjazd do Bielska – Białej i powrót przez malownicze przełęcze Beskidu Małego.
Z moich dotychczasowych wpisów o tematyce rowerowej, na pewno łatwo można zauważyć, że lubię podjazdy. Nie unikam dużych przewyższeń, bo wierzę, że oprócz korzyści treningowych mogę też liczyć na rzadziej uczęszczane drogi i świetne widoki. A gdzie szukać najlepszych podjazdów? Oczywiście, w górach!
Z Krakowa do Bielska pociągiem, z rowerem na pokładzie
Chcąc dostać się gdzieś z rowerem, zdecydowanie najlepiej wybrać pociąg. W większości z nich, za niewielką dopłatą, można bez problemów zabrać swój jednoślad do wagonu (często jest to specjalnie wydzielony przedział. W innym wypadku, regułą bywa wstawianie roweru do pierwszego lub ostatniego wagonu).
Koszt przejazdu z Krakowa do Bieska kolejami regionalnymi to 20 złotych (13 za osobę, 7 za rower). Czas przejazdu: aż 3 godziny. Pociąg niestety jedzie mało optymalną trasą i bardzo wolno. Ale trudno, postanowiłem, że raz na jakiś czas można się trochę pomęczyć, aby dotrzeć w ciekawie miejsce.
Bilet kupiłem dzień wcześniej, przez internet. Wybrałem pociąg o 5:58, czyli najwcześniejszy tego dnia. Z łóżka zerwałem się o 4:30, aby w spokoju zjeść śniadanie, spakować się i dojechać (rowerem oczywiście) na dworzec. Tam chwilę poczekałem na pociąg, wsiadłem, zawiesiłem rower na wieszaku pod sufitem wagonu i zająłem miejsce. 3 godziny później wysiadłem na dworcu w Bielsku – Białej.
Podjazd na Przełęcz Przegibek
Choć Bielsko leży tuż przy górach (konkretnie pomiędzy Beskidem Śląskim a Małym), do nich samych z centrum jest parę kilometrów. Miasta nie znam prawię wcale, więc pozostaje mi włączyć GPS i jakoś poruszać się z jego pomocą po labiryncie jedno i dwupasmowych dróg.
Wyjazd zajął mi jakieś pół godziny. Po tym czasie jestem już na ulicy Górskiej, która ma mnie doprowadzić aż na Przegibek. Przełęcz leży na wysokości 663 metrów n.p.m. Pojazd od strony Bielska ma około 250 metrów przewyższenia i średnie nachylenie 5,2% (dane z bazy podjazdów rowerowych altimetr.pl).
Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie bardziej wymagający. Droga jest praktycznie cały czas dobrej jakości, a nachylenie w miarę jednorodne, bez bardziej stromych i dających popalić odcinków. Dodatkowo, dookoła jest przyjemny, leśny krajobraz, a ruch samochodowy z sobotę rano był niewielki. Gdy dotarłem na samą górę, nie byłem ani trochę zmęczony (choć tu spore znaczenie może mieć fakt, że dopiero zaczynałem wycieczkę).
Na Przegibku znajduje się parking i niewielki zajazd. Jest to również miejsce, gdzie krzyżuje się kilka szlaków turystycznych. To popularne miejsce zarówno wśród turystów pieszych, jak i fanów kolarstwa. Sam podczas podjazdu i zjazdu spotkałem wiele innych osób na rowerach.
Na przełęczy chwilę odpocząłem, coś zjadłem, a później ruszyłem w dół. Droga była równa, więc zachęcała do szybkiego zjazdu. W pewnym momencie, zegarek pokazywał 60 km/h – nieczęsto mam okazję rozpędzić się aż do takiej prędkości.
Nad jeziorem Międzybrodzkim i Żywieckim
Zjazd z Przegibka kończę niemal w centrum Międzybrodzia Bialskiego. Tam skręcam w prawo i jadę w kierunku Żywca. Nie mija wiele czasu aż droga prowadzi mnie nad brzeg jeziora Międzybrodzkiego. To sporych rozmiarów zbiornik retencyjny na Sole, malowniczo położony pomiędzy szczytami Beskidu Małego
Zaletą całej okolicą są zresztą nie tylko piękne widoki, ale i dobrze rozwinięta infrastruktura sportowo – turystyczna. Do dyspozycji jest mnóstwo szlaków, sprzętu wodnego, plaż i punktów gastronomicznych. Pobliska góra Żar to również znane i lubiane miejsce wśród paralotniarzy i pilotów szybowców. W sezonie letnim region na prawdę tętni życiem.
Jadąc zachodnim brzegiem zbiornika docieram do Trasnej, na zaporę będącą północnym krańcem jeziora Żywieckiego. Ono również jest zbiornikiem retencyjnym, też posiada elektrownią wodną, oraz oczywiście oferuje okolicznym mieszkańcom wiele okazji do różnego rodzaju wypoczynku.
W Tresnej przejeżdżam na drugi brzeg i kontynuuję jazdę aż do skrzyżowania z drogą 946. Tam skręcam na wschód, a parę kilometrów dalej na północ, do miejscowości Kocierz Moszczanicki, gdzie zaczyna się pojazd na kolejną z przełęczy, które mam zamiar dziś zdobyć.
Rowerem przez Przełęcz Kocierską
Kocierz Moszczanicki wita mnie drogą ze zdartym asfaltem. Jest jakiś remont, ale na szczęścia ten około-kilometrowy odcinek da się przejechać po chodniku. Tak, wiem, że nie można tak jeździć, ale co innego miałem zrobić będąc ponad 80 km od domu? Z resztą i tak nikt tamtędy nie szedł, więc sam sobie wybaczam.
Dalej na szczęście nawierzchnia jest już co najmniej przyzwoita. Robi się za to pod górkę i wiem, że będzie tak przez kolejne niemal 7 kilometrów. W pionie do pokonania jest lekko ponad 300 metrów (maksymalna wysokość 718 metrów n.p.m), co daje średnie nachylenie 4,6% (dane ponownie ze strony altimetr.pl).
Wychodzi więc łagodniej niż na Przegibek, ale uwierzcie mi – ten podjazd jest o wiele trudniejszy. Średnią zaniża pierwszych kilka kilometrów, gdzie nachylenie jest niewielkie. Dopiero później, mniej więcej pomiędzy 3, a 5,5 km jest stromiej. Tu już dałem radę się trochę zmęczyć. Na szczęście widoki wynagradzają włożony wysiłek. Powiedzieć, że podjazd na Kocierz jest ładny to mało – dla mnie to ścisły top miejsc, które do tej pory odwiedziłem na rowerze. Szczerze polecam!
W końcu docieram na przełęcz. Tu również widzę sporo szlaków, duży parking, zajazd (choć może bardziej przypomina to hotel). Jest już koło południa, więc wszędzie kręcą się turyści. Przeważnie piesi, choć i to miejsce cieszy się popularnością wśród rowerzystów. Ja standardowo robię chwilę przerwy na jedzenie i parę zdjęć, po czym rozpoczynam zjazd w stronę Targanic.
Zjazd minął oczywiście dużo szybciej niż podjazd. Tu również była dobrej jakości nawierzchnia i niewielki ruch samochodowy, więc można było się rozpędzić. Choć ze względu na niezbyt wysoką temperaturę oraz mój cienki ubiór, co parę kilometrów i tak się na chwilę zatrzymywałem, aby za bardzo nie zmarznąć.
Z Beskidów do Krakowa – długi powrót do domu
W tym miejscu zakończyłem główną część wycieczki. Niestety, do Krakowa jeszcze kawał drogi – z Targanic będę miał dobre 60 – 70 kilometrów jazdy. Ciągle czuję się jednak dobrze. Mam też najtrudniejsze odcinki za sobą, więc teraz można się po prostu spokojnie toczyć w stronę domu.
Oczywistym kierunkiem jest droga na Andrychów. Dalej, chcąc dostać się do Krakowa jak najszybciej, powinienem pewnie jechać przez Wadowice, Kalwarię i później wskoczyć na Zakopiankę. Wolę mieć jednak więcej przyjemności z jazdy, więc wybieram wariant przez Zator i Skawinę. Będzie nieco dłuższy, ale za to spokojniejszy.
Droga do Andrychowa mija szybko – w większości jest z górki i po przyzwoitym asfalcie. W mieście odnajduję skręt na Zator i kontynuuję jazdę na północ. Początkowo jest płasko i przyjemnie, ale później pojawia się lekkie falowanie krajobrazu. Nic szczególnie wymagającego, ale czasem trzeba zrzucić parę biegów na tylnej przerzutce.
Po kilkunastu kilometrach docieram do Zatora. Chciałem zrobić chwilę przerwy na rynku, ale grali tam jakiś koncert i ciężko było się dostać. No trudno, w takim razie od razu szukam zjazdu na Kraków i po chwili jestem już na drodze krajowej numer 44.
Ta jest już zdecydowanie ruchliwa. Wiem, że nie będzie to najprzyjemniejszy odcinek, ale też nie spodziewam się tragedii. Jechałem nią już parę razy i nie wspominam źle. Przyjemnym okryciem okazuje się natomiast fakt, że na wschód będę jechał z wiatrem. Pozwala to zaoszczędzić trochę sił oraz poruszać się szybciej niż zakładałem. Jest na tyle dobrze, że przed Skawiną decyduję się skręcić na Tyniec i jeszcze wydłużyć wycieczkę o parę dodatkowych kilometrów.
Ostatecznie, jednak trochę żałuję tej decyzji. Po południu słońce mocno grzeje, od jakiegoś czasu kończy mi się woda i muszę oszczędzać, zmęczenie też zaczyna narastać. Około 115 kilometra trafiam na „ścianę” i opadam z sił. Każdy najmniejszy podjazd powoduje szybki wzrost tętna, a przyjemność z jazdy też gdzieś się ulotniła. Może jednak niepotrzebnie przycisnąłem na odcinku Zator – Skawina.
Udaje się jednak dotrzeć do domu bez większych problemów. Wycieczka kończy się z wynikiem 122 km. Wnoszę rower do mieszkania, biorę prysznic i padam na łóżko. Marzenie o beskidzkich przełęczach zrealizowane, ale myślę, że następnym razem dam radę zrobić parę rzeczy lepiej. No cóż, słusznie mówią, że każda podróż czegoś uczy.
Cześć
Mam pytanie dotyczące czasu podróży rowerem ( nie wspomniałeś w artykule )?:)
Drugie pytanie dotyczące nawigacji jakiej używałeś – standardowa np. google map czy specjalistyczna rowerowa ?. W przyszłości mam zamiar również tego typu przygodę przeżyć, warto wiedzieć jak Inni przygotowali się i przeżyli eskapadę.
Dzięki, Irek.
Hej!
Ta trasa zajęła mi dokładnie 7 godzin i 9 minut. Tylko weź pod uwagę, że ja takie wycieczki jeżdżę spokojnie, po drodze zatrzymując się w ciekawych miejscach i robiąc mnóstwo zdjęć. Bez problemu można to zrobić szybciej.
Do nawigacji używam aplikacji OsmAnd, opartej na mapach OpenStreetMap.
Pozdrawiam :)