Pogórze Wielickie – żółtym szlakiem przez pasmo Barnasiówki (plus Diabelski Kamień)

To miała być przyjemna, niezbyt wymagająca wycieczka. W nogach czuję trudy minionego tygodnia, w głowie ciąży perspektywa trudniejszego przejścia planowanego na następny dzień. Wybieram więc krótką, położoną na Pogórzu Wielickim trasę. Łatwą, co jednak nie znaczy, że pozbawioną atrakcji.

Pasmo Barnasiówki leży na południowym krańcu Pogórza Wielickiego, pomiędzy miejscowościami Myślenice i Sułkowice. Po jego grzebiecie poprowadzono żółty szlak turystyczny, liczący około 13 kilometrów długości oraz wymagający niewiele ponad 500 metrów podejścia. Tę właśnie trasę wybrałem jako cel mojej sobotniej wycieczki.

Znałem teren. Byłem tam wcześniej, zarówno latem, jak i zimą. Wiedziałem więc, czego mniej więcej się spodziewać. Miało być ładnie i niezbyt trudno. Po czwartkowym, udanym złamaniu 40 minut w biegu na 10 km oraz mając w planie o wiele bardziej wymagającą trasę na niedzielę, wolałem wypocząć niż kumulować zmęczenie.

Pasmo Barnasiówki – dojazd z Krakowa

Wędrówkę można zacząć zarówno z Myślenic, jak i z Sułkowic. Oba te miasta leżą dość blisko Krakowa i są z nim dobrze skomunikowane. Do Myślenic dojedzie się czymkolwiek jadącym w stronę Zakopanego, Szczawnicy, Rabki Zdrój, Mszany Dolnej czy Jordanowa. Są też busy jadące bezpośrednio do tej miejscowości. Sułkowice leżą z kolei na trasie kursów do Zawoi, Żywca lub Suchej Beskidzkiej.

Przewoźników jest na obu trasach jest wielu, a odjazdy czasem nawet co kilkanaście minut. W obu przypadkach, nawet w centrum Krakowa raczej nie jedzie się dłużej niż godzinę. Krótko mówiąc – ciężko o szlak w okolicy, na który łatwiej byłoby się dostać.

Żółtym szlakiem z Myślenic do Sułkowic

Swoją wędrówkę postanawiam zacząć w Myślenicach. Na miejscu jestem dość późno, kilkanaście minut po 10-tej. Ale to nie problem. Mam sporo czasu, a i dzięki temu słońce jest już wysoko i miło rozgrzewa. W ogóle, pogoda tego dnia jest idealna na górskie spacery. Chłodno, bez chmur, bez wiatru.

Początek szlaku wiedzie przez położone na wschodzie miejscowości osiedle domków jednorodzinnych. Nic ciekawego. Teren łatwy, ale i tak chcę się jak najszybciej stąd wydostać.

Początek szlaku wiedzie przez myślenickie osiedle. W oddali pasmo Barnasiówki.

Z biegiem czasu zabudowa przerzedza się i wychodzę w otwarty teren. Kilkanaście minut marszu wśród pól i łąk, a potem w końcu do lasu.

Obrzeża Myślenic. W końcu wejście w otwarty teren.
Jeszcze tylko krótkie przejście przez zarośla i zaraz będę w lesie.

Rozpoczyna się podejście. Nie jest długie, ale dość strome. Do zrobienia jakieś 130 metrów w pionie na dystansie około 700 metrów. Mnie jakoś szczególnie nie męczy, ale i tak z radością witam moment, gdy w końcu robi się płasko. W końcu plan na dziś to przede wszystkim regeneracja.

Pierwsze bardziej wymagające podejście na trasie.

Przede mną najprzyjemniejszy odcinek. Po przekroczeniu wysokości 500 m n.p.m. pasmo robi się w miarę płaskie i mogę iść jego grzbietem aż do zejścia tuż przed Sułkowicami. Droga jest szeroka, podłoże wygodne, a oznakowanie trasy bezbłędne. W dodatku te pagórki nie cieszą się jakąś wielką popularnością wśród turystów, więc mimo świetnej pogody mam cały szlak dla siebie.

Oprócz żółtych oznaczeń, na drzewach widnieją też symbole Drogi Świętego Jakuba. To popularna w całej Europie sieć szlaków pielgrzymkowych, prowadzących do hiszpańskiej katedry Santiago de Compostela, będącej miejscem pochówku apostoła. Beskidzki odcinek ma 525 km długości i w okolicach Krakowa przecina również m. in. Kalwarię Zebrzydowską, Lanckoronę i Wadowice.

Razem z żółtym szlakiem biegnie też beskidzki odcinek Drogi Św. Jakuba.

Idąc przez las w pewnym momencie docieram do Barnasiówki. Nie znalazłem jednak żadnego oznaczenia tego szczytu. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, kiedy go osiągnąłem. Grzbiet pasma jest tak delikatnie pofalowany, że łatwo było przegapić.

Na spektakularne widoki nie można tu liczyć. Niemal cała góra jest zalesiona i tylko w kilku miejscach widać coś więcej niż ścieżkę pomiędzy drzewami. W takich warunkach, po około godzinie łatwego marszu docieram do Karnasiówki – kolejnego niezbyt rozpoznawalnego szczytu. Poniżej kilka zdjęć z tego odcinka.

Jedna z paru niewielkich polanek przy szlaku.
Tylko od czasu do czasu można rzucić okiem na inne, położone w pobliżu pasma górskie.

Na Karnasiówce znajduje się skrzyżowanie szlaków. Żółty, którym idę spotyka się z… innym żółtym. To jego odnoga prowadząca pod Diabelski Kamień – ciekawą formację skalną znajdującą się niecały kilometr na północ od tego miejsca. Zgodnie z przyjętym w domu założeniem, postanawiam ją odwiedzić, bo przy poprzednich przejściach tą trasą jakoś nie miałem okazji.

Na skrzyżowaniu dwóch żółtych szlaków.

Droga nie jest długa, ale wymaga stromego zejścia północnym zboczem. Najtrudniejszy odcinek to tylko parę minut marszu, ale jest sporo liści i luźnych kamieni, więc muszę zachowywać ostrożność. Po niecałym kwadransie jestem na miejscu.

Zejście pod Diabelski Kamień.

Diabelski Kamień jest pojedynczą, kilkumetrową skałą w kształcie maczugi. Obok niej znajduje się długi, skalny mur, który moim zdaniem jest nawet ciekawszą atrakcją. Może i kształt ma nieco mniej interesujący, ale za to można się po nim swobodnie powspinać i pooglądać okolicę z góry. Jest również tablica z podstawowymi informacjami oraz opisem związanej z tym miejscem legendy.

Tablica informacyjna przy Diabelskim Kamieniu.
Diabelski Kamień (po prawej) oraz skalny mur (w oddali, po lewej stronie).
Przy skalnym murze.
A tu już na jego szczycie.

Przy skałkach kręcę się kilka minut podziwiając ich budowę oraz dokładnie zaglądając w każdy zakamarek. Fajnie miejsce, nie żałuję, że wpadłem. Gdy już się nim nacieszę, rozpoczynam powrót na główny szlak. Zejście było strome, więc teraz muszę się trochę pomęczyć wdrapując na Karnasiówkę.

Z powrotem na Karnasiówce.

Ruszam dalej w stronę Sułkowic. Szlak znów jest równy i wygodny, więc przez jakieś 20 minut mogę w ciszy i spokoju regenerować siły po podejściu spod Kamienia.

Później zaczyna się droga w dół. Nie aż tak stroma jak podejście pod Myślenicami, ale za to 2 razy dłuższa. Mimo to, nie mam z nią problemów. Powoli wytracam wysokość, uważając na typowo jesienne zagrożenie w postaci liści maskujących wszystkie potencjalne przeszkody. To tu spotykam też pierwszego i jedynego turystę na szlaku. Wygląda na biegacza, ale stromiznę pokonuje marszem – tu nawet lekki trucht mógłby być wyzwaniem.

Zejście w kierunku Sułkowic.

Niedługo później wychodzę z lasu. Za nim jest jeszcze chwilą wśród pól i zarośli, a zaraz potem na horyzoncie pojawiają się zabudowania. Zanim wejdę do miasta mijam jeszcze zbudowany w 2012 roku sztuczny zalew. Jest pomost, amfiteatr, budynek wypożyczalni sprzętu oraz sporo ławek i alejek. W sezonie miejsce pewnie tętni życiem. Teraz nie ma nikogo.

Droga przez zarośla po zejściu do Sułkowic.
Zalew w Sułkowicach.

Spędzam jeszcze parę minut wędrując wśród zabudowań, aż w końcu docieram na przystanek w centrum. Chyba mam szczęście, bo ledwo zdążam usiąść na ławce, a pojawia się autobus do Krakowa. Po około 3 godzinach i 10 minutach marszu wycieczka dobiega końca.

Podsumowanie wycieczki

Zgodnie z założeniami, wypad okazał się łatwy i przyjemny. Spędziłem parę godzin wśród przyrody, zobaczyłem coś nowego. Obyło się nawet bez żadnych problemów z dojazdem i powrotem. Łącznie na oba autobusy czekałem może z 5 minut.

Szlak, choć krótki i pozbawiony widoków, moim zdaniem jest warty uwagi. Sam odwiedziłem go już po raz trzeci. Biorąc pod uwagę fakt, że to jedna z najbliższych i najłatwiej dostępnych górskich tras pod Krakowem, śmiało mogę ją polecać jako cel niedługiego, relaksującego spaceru.

Mapa przebytego odcinka:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.